HCfor - Brutalne Oblicze Świata

HCfor - Brutalne Oblicze Świata (http://www.hcfor.pl/)
-   Ciekawe Artykuły i Materiały Video (http://www.hcfor.pl/ciekawe-artyku-y-i-materia-y-video/)
-   -   [text] Biografie mordercow (http://www.hcfor.pl/ciekawe-artyku-y-i-materia-y-video/373-text-biografie-mordercow.html)

mariksha 15-06-2008 16:36

[text] Biografie mordercow
 
Anderson Robert
Uprowadzenie
29 lipca 1996 roku nie był dla rodziny Streyle, mieszkającej w mieście Canistota w Południowej Dakocie, zwykłym poniedziałkiem. Tego dnia mały Nathan obchodził drugie urodziny i wszyscy czekali na wieczorne przejęcie z tej okazji.

Piper Streyle miała 26 lat. Przygotowywała swoje dzieci, Nathana i 3-letnią Shainę, do pobytu u opiekunki � musiała je do niej odwieźć zanim pójdzie do pracy w Southeastern Children's Center w Sioux Falls. Jej mąż, 29-letni Vance, wyszedł trzy godziny wcześniej.

Około godziny 9:30 do ich przyczepy wśliznął się obcy mężczyzna. Piper, Shaina i Nathan nadal byli w środku. Na oczach dzieci między matką a nieznajomym wywiązała się walka. Napastnik uprowadził kobietę, zostawiając przerażone dzieci w domu.

Po południu Vance zadzwonił do domu, jednak nikt nie podnosił słuchawki. Patty Sinclair, która pracowała razem z Piper, próbowała się z nią skontaktować około godziny 15, ponieważ kobieta nie przyszła pracy. Patty nie kryła zaskoczenia gdy słuchawkę podniosła przerażona Shaina. Spytała dziewczynkę, czy jest w domu ktoś dorosły. 3-latka odpowiedziała, że jest tylko ona i jej brat. Kobietę przeraziła jednak następna informacja Shainy, że jej rodzice prawdopodobnie nie żyją. Potem odłożyła słuchawkę. Patty zadzwoniła ponownie. Shaina, szlochając, powiedziała, że nie chciała, żeby rodzice umarli. Powiedziała, że jej mama wyszła z mężczyzną, który jeździł czarnym samochodem. Patty nie rozłączała się przez ponad 45 minut, próbując uspokoić roztrzęsioną dziewczynkę. W tym samym czasie dyskretnie kazała jednemu ze współpracowników skontaktować się z biurem szeryfa. Szeryf Gene Taylor przyjechał do domu państwa Streyle kilka minut po 17. Zauważył, że drzwi przyczepy były otwarte. W środku zobaczył ślady walki. Na podłodze, razem z innymi rzeczami ,leżała zawartość torebki Piper. Taylor poszedł na tył przyczepy, do sypialni. Znalazł tam Shainę. Dziewczynka nie była ranna, ale płakała. Podobnie jak jej młodszy brat, przeżyła szok. Szeryf nie trafił na żaden ślad ich matki. Pomyślał, że może dzieci po prostu pozostawiono na jakiś czas bez opieki.

Taylor i Jim Stevenson, stanowy oficer śledczy, wypytywali Shainę o wydarzenia tego dnia. Mała powiedziała, że mamusia umrze. "Podły człowiek" wszedł do ich przyczepy, posprzeczał się z mamą i strzelał z pistoletu. Piper, obawiając się, że mężczyzna może skrzywdzić dzieci, kazała im uciec i schować się. Intruz porwał ją i wsadził do czarnego samochodu. Dziewczynka przypomniała sobie, że mężczyzna wychodząc zabrał prezent urodzinowy Nathana, niebieski namiot.

Godzinę po przybyciu szeryfa wrócił Vance. Shaina od razu pobiegła do taty, rzuciła się w jego ramiona i zaczęła płakać. Mężczyzna zapytał córkę, co się stało, ale mała była tak zestresowana, że ciężko było się z nią porozumieć. Wydukała tylko, że przyszedł mężczyzna, zabrał namiot Nathana i że mama już nie wróciła. Vance przeraził się, gdy usłyszał od Taylora, co naprawdę się stało. Jego żona została porwana. Wszystko, co mógł zrobić to zająć się dziećmi i mieć nadzieję, że policja znajdzie Piper żywą.

Rob Anderson
Rob Anderson
Trzy dni po uprowadzeniu żony, Vance przypomniał sobie pewną rzecz. Kilka dni przed zniknięciem Piper odwiedził ich pewien mężczyzna. Przyszedł 26 lipca około 7:30 rano. Był to Rob Anderson, łysiejący młody mężczyzna. Chciał zaprosić dzieci państwa Streyle na biblijny obóz, który organizował każdego roku właśnie w lipcu. Vance pamiętał, że nieznajomy wydawał się zaskoczony, gdy go zobaczył - prawdopodobnie nie spodziewał się w domu mężczyzny. Po chwili Anderson spokojnie opowiedział o obozie. Streyle skierował go do Piper. Kobieta stwierdziła, że obóz już się kończy, ale obiecała zapisać dzieci w przyszłym roku. Anderson nie nalegał i przed wyjściem zapisał na kartce swoje nazwisko i numer telefonu. Vance powiadomił o tym wydarzeniu policję. Ta informacja doprowadziła do zidentyfikowania jednego z najbardziej sadystycznych seksualnych morderców w Południowej Dakocie.
Przesłuchanie
Policjanci zaczęli sprawdzać nowe informacje. Głównym podejrzanym stał się 26-letni Robert Leroy Anderson, konserwator w firmie John Morrell & Co. zajmującej się pakowaniem mięsa. Był dwukrotnie żonaty, miał czworo dzieci.

Kilku świadków zeznało, że widzieli czarną ciężarówkę przed przyczepą państwa Streyle w czasie, gdy zaginęła Piper. Człowiek pracujący na autostradzie pamiętał czarny samochód marki Ford Bronco, mijający go chyba trzy razy tamtego dnia � najpierw około 9:45, drugi raz godzinę później i trzeci około 12:30. Paru sąsiadów również mówiło o czarnym Bronco w pobliżu domu Streyle�ów około 11:45. Zeznali, że Shaina i Nathan stali na poboczu drogi, wyglądali na zdenerwowanych. Inni widzieli samochód ponownie godzinę później. Stał dokładnie naprzeciwko przyczepy. Pamiętali również jak mężczyzna w czarnej bejsbolówce i jeansach wychodzi z przyczepy.

30 lipca oficerowie śledczy skontaktowali się z Andersonem i poprosili, by przyjechał na komisariat. Przesłuchanie trwało osiem godzin, nagrano je na wideo. Podejrzany przyznał się do wizyty w domu państwa Streyle cztery dni wcześniej. Wyjawił także, że był u nich 29 lipca, mimo braku tego pytania ze strony policjantów. Chciał prosić Streyle�ów, by pozwolili mu postrzelać z łuku na terenie ich posiadłości, ale drzwi przyczepy był zamknięte. Anderson zeznał, że nic nie wie o uprowadzeniu Piper.

Gdy detektywi przesłuchiwali Roberta, funkcjonariusze uzyskali nakaz przeszukania jego domu i samochodu, niebieskiego Bronco. Znaleźli obciążające dowody, lecz nie było wśród nich niczego, co doprowadziłoby do rozwiązania zagadkowego zniknięcia Piper. Nigdy jej nie odnaleziono.
Decydujące dowody
W samochodzie Andersona detektywi odkryli rachunki za taśmę izolacyjną, czarną farbę Tempura, pędzle, wiadro. Większość rzeczy kupiono kilka dni przed zniknięciem pani Streyle. Policjanci przypuszczali, że farby użyto do przemalowania auta. Ich podejrzenia okazały się słuszne, co wkrótce potwierdzili eksperci. Pobrane próbki przebadano w laboratorium. Samochód pomalowano tą samą farbą, którą Anderson kupił 29 lipca. Był to specjalny rodzaj farby, który łatwo się nakłada i równie łatwo zmywa. Hipotezę policjantów potwierdził świadek - widział jak Anderson myje samochód w dniu zniknięcia Piper. Robert chciał pozbyć się dowodów i odsunąć od siebie podejrzenie. Nie zrobił tego jednak wystarczająco dokładnie.

Wewnątrz samochodu detektywi dokonali kolejnych odkryć obciążających Andersona. Znaleźli drewnianą platformę z wywierconymi otworami, wyglądającą na urządzenie do krępowania ludzi. Nadgarstki i kostki stóp być można było włożyć w metalowe obręcze umieszczone w desce. Platforma idealnie pasowała do wymiarów ciężarówki. O drewno zaczepiły się włosy, które genetycznie odpowiadały włosom Piper. W ciężarówce znaleziono także brudną szuflę, paski do przenoszenia mebli, tytoń, skrzynkę z narzędziami, należące do państwa Streyle. Zdziwienie wywołała sierść ich psa. Robert Anderson miał drugą, ciemniejszą stronę natury.

W domu Roberta w Sioux Falls policjanci znaleźli parę jeansów. Leżały w koszu z brudnymi ubraniami. Były poplamione krwią. Po zbadaniu okazało się, że nie jest to krew Andersona ani nikogo z jego rodziny, więc prawdopodobnie należała do Piper. Na jeansach znaleziono również plamy nasienia. Niestety, nie udało się pobrać próbek o takiej jakości ,by stwierdzić, czy jest to nasienie Roberta. Funkcjonariusze odkryli komplet kluczyków do kajdanek. Anderson gwałtownie zaprzeczał ich posiadaniu. Po przesłuchaniu został zwolniony. Policjanci mieli za mało dowodów łączących go z porwaniem pani Streyle.

Tego samego dnia wezwano Vance'a i Shainę. Pokazano im sześć zdjęć przedstawiających podejrzanych. Jedno zdjęcie pochodziło ze starego prawa jazdy Andersona, miał na nim długie włosy i wąsy. Ani ojciec, ani córka nie rozpoznali mężczyzny, który był w ich domu. Dwa dni później wezwano ich ponownie. Znów pokazano im zdjęcia, tym razem jedno z nich przedstawiało Andersona ogolonego i z krótkimi włosami. Vance i Shaina prawie natychmiast wskazali go rozpoznali. Pozytywna identyfikacja była tym, na co czekali detektywi. 2 sierpnia 1996 roku Robert Leroy Anderson został aresztowany. Postawiono mu zarzut uprowadzenia. Z powodu braku ciała nie można było go oskarżyć o morderstwo. We wrześniu rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę poszukiwania Piper oraz dowodów, które pozwoliłyby oskarżyć Andersona o zabójstwo. Detektywi chcieli mieć pewność, że Robert dostanie najwyższy wymiar kary. Setki osób przeszukiwały zalesione tereny wokół rzeki Big Sioux River w pobliżu miasta Baltic w Południowej Dakocie. Znaleziono kilka ciekawych rzeczy. Jedną z nich był fragment koszulki z logiem "Code Zero". Taką samą koszulkę miała na sobie Piper w dniu porwania. 29 lipca pewien mężczyzna znalazł fragment innej koszulki. Czarno-biała pasiasta koszulka leżała przy drodze niedaleko miasta Baltic. Na początku znalazca myślał, że koszulka należała do jakiegoś sędziego. Wrzucił ją do bagażnika samochodu. Oddał ją policji, kiedy dowiedział się o poszukiwaniach, W miejscu, gdzie fragment znajdował się strzęp koszulki, leżała również zwinięta taśma izolacyjna. Na taśmie były ludzkie włosy. Po ich zbadaniu okazało się, że włosy pochodzą od Piper. Taśma natomiast pasowała do jednej z rolek, które znaleziono w samochodzie Andersona.
Wkrótce trafiono na kolejne dowody. W pobliżu rzeki znaleziono kilka kawałków sznura i łańcucha, klucz oczkowy, wibrator i do połowy wypaloną świecę. Prawdopodobnie narzędzia te służyły do torturowania ofiary i wskazywały, że Robert był sadystą seksualnym.

W maju 1997 roku Robert Leroy Anderson został uznany winnym uprowadzenia Piper Streyle. Skazano go na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Wyrok odsiadywał w Więzieniu Stanowym w Południowej Dakocie. Jednak nie była to jedyna zbrodnia, o jaką został oskarżony.
Sadysta... seksualny sadysta
Sprawą Roberta zainteresowali się Hazelwood i Michaud. Według nich sporo dowodów wskazywało, że Anderson był sadystą seksualnym - podniecało go zadawanie fizycznego i psychicznego cierpienia bezradnej ofierze. Ta opinia bazowała na czterech punktach:

1 - Anderson wykazywał oczywiste zainteresowanie seksualną niewolą, oznaką seksualnego sadysty, o czym świadczyły narzędzia służące do zniewalania, sztuczne prącie, częściowo spalona świeca, kajdanki, taśma izolacyjna itp.
2 - Dowody znalezione przez oficerów śledczych wyraźnie wskazywały fizyczne tortury. Prawdopodobnie po tym jak Piper została uprowadzona, Anderson wywiózł ją do lasu za miastem Baltic. Tam założył jej metalowe obręcze na ręce i nogi, a usta zakneblował taśmą. Zdarł z niej koszulkę. Torturował kobietę używając świecy i sztucznego prącia. Później ją zgwałcił. Następnie zamordował i pozbył się ciała.
3 - Anderson znajomym nigdy nie ukrywał, że lubi seks analny. Taka forma współżycia nie odpowiadała jednak jego żonie. Badania przeprowadzone przez Hazelwooda i Michauda dowodzą, że sadyści seksualni preferują właśnie taką formę współżycia. Naukowcy przypuszczali, że Anderson używał sztucznego prącia, by odgrywać swoje fantazje.
4 - Sugerują, że sadyści seksualni planują swoje zbrodnie znacznie bardziej szczegółowo niż inni przestępcy.

Jeden ze starych przyjaciół Andersona, Jamie Hammer, dostarczył oficerom śledczym wielu informacji świadczących o sadystycznym i agresywnym zachowaniu Roberta. Dowiedzieli się, że Piper nie była jego jedyną ofiarą. Robert Anderson prawdopodobnie polowałby na kobiety, dopóki nie zostałby złapany. Hammer zeznał, że już w szkole średniej Anderson wykazywał obsesję na punkcie torturowania i mordowania kobiet. Jamie zainteresował się tematem, więc często o tym rozmawiali i planowali zbrodnię doskonałą. Po pewnym czasie dopracowali każdy szczegół. Nadeszła pora, by fantazje stały się rzeczywistością. Mężczyźni planowali, że razem uprowadzą jakąś kobietę. Kupili kolczatkę i położyli ją na drodze. Ofiara miała złapać gumę. Chcieli zaatakować niczego nie podejrzewającą kobietę. Hammer nie wiedział, że Robert ma już kogoś konkretnego na myśli - 26-letnia Amy Anderson (zbieżność nazwisk przypadkowa).

W listopadzie 1994 roku Amy przez natknęła się na kolczatkę. Wracała od przyjaciela. W pobliżu miasteczka Tea w Południowej Dakocie przebiła oponę i zatrzymała się na poboczu. Otworzyła bagażnik, by wyjąć koło zapasowe. Wtedy pojawił się Robert. Złapał dziewczynę i zaczął ciągnąć ją w stronę lasu. Amy udało się wyrwać z uścisku. Biegiem wróciła na drogę, zatrzymała przejeżdżający samochód i wsiadła do środka. Zdołała wyjść z tego bez szwanku. Rozpoczęto śledztwo, ale sprawa stanęła w miejscu. Dopiero gdy Anderson został oskarżony o uprowadzenie pani Streyle, wrócono do nieudanego porwania Amy Anderson. Dziewczyna zidentyfikowała Roberta, ale nigdy nie doszło do procesu, ponieważ oprawca został już skazany za porwanie Piper.

Inny kolega Roberta również zdecydował się zeznawać. Glen Marcus Walker również zamieszany był w sprawę nieudanego porwania Amy. Kilka lat później przyznał się do winy. Jednak detektywi odkryli, że kilka miesięcy wcześniej Walker i Anderson popełnili znacznie okropniejszą zbrodnię.
Morderstwo Larisy Dumansky
W 1991 roku Larisa (29 lat) i Bill Dumansky przybyli do Południowej Dakoty z Ukrainy. Chcieli zacząć nowe życie w Stanach Zjednoczonych. Znaleźli pracę w firmie John Morrell & Co. Później Bill znalazł inne zajęcie, ale Larisa została w firmie. Pracowała przeważnie na nocną zmianę. Dzięki temu poznała i zaprzyjaźniła się z konserwatorem Robertem Leroyem Andersonem.

Glen Walker
Glen Walker
Roberta i Glena fascynowały brutalne morderstwem. Obaj chcieli dowiedzieć się jak to jest, gdy uprowadza się i zabija kobietę. Wspólnie opracowali złożony plan porwania Larisy. Anderson śledził ją od kilku miesięcy. Mężczyźni rozłożyli kolczatkę na drodze. Chcieli zaatakować kobietę, która zatrzyma się z powodu przebitej opony. Początkowo jednak patent z kolczatką się nie sprawdzał. Larisa wiele razy łapała gumę, ale nigdy nie zatrzymywała się w odosobnionym miejscu. Mężczyźni musieli więc wymyślić coś innego.

26 sierpnia 1991 roku na firmowym parkingu Robert z nożem w ręku podszedł do Larisy. Kazał jej wsiąść do swojego samochodu. Czekał w nim Glen. Mężczyźni zawieźli kobietę nad jezioro Vermillion. Tam Walker obserwował jak Anderson wyciąga kobietę z samochodu i kilkakrotnie ją gwałci. Larisa błagała o życie, jednak na Robercie nie robiło to żadnego wrażenia.

Gdy tylko Anderson został skazany za uprowadzenie Piper, Walker przyznał się do współudziału w porwaniu Larisy. Powiedział, że razem z Robertem dokładnie to zaplanowali, jednak stwierdził, że nie miał nic wspólnego z gwałtem i morderstwem. Mężczyzna wyjawił, że Anderson udusił Larisę używając taśmy, a później spalił zwłoki. W dniu śmierci Larisa była w 6 tygodniu ciąży. Pamiętał miejsce, gdzie Robert spalił ciało ofiary.

20 maja 1997 roku Glen zaprowadził policjantów na "grób" Larisy. Eksperci sądowi wykopali 57 części ciała kobiety, wśród których były między innymi ząb, żebro, kości z prawego i lewego przegubu, kilka palców, prawa noga, kilka paznokci, szczęka, fragmenty kości szyi. Niedaleko "grobu" znaleziono parę rękawic roboczych, kilka kul, buty Larisy, fragmenty jej paska i ubrań oraz biżuterię.

Wszystkich zastanawiała niekompletność zwłok. Nie było żadnych śladów zwierząt, a miejsce było trudno dostępne. Dopiero kilka miesięcy później policja wiedziała więcej.
Przyznanie się
W sierpniu 1997 roku Jeremy Brunner, współwięzień Andersona, poprosił o kontakt z biurem prokuratora generalnego. Miał informacje o zbrodniach popełnionych przez Roberta. Jeremy zeznał, że Anderson chełpił się i przechwalał zamordowaniem Piper i Larisy. Mężczyźni dzielili celę przez tydzień. W tym czasie Brunner poznał dokładne szczegóły obu morderstw. Anderson przyznał, że jest seryjnym mordercą. Zbiera trofea, które trzyma w domu swojej babci, podał nawet ich dokładną lokalizację. Policjanci przeszukali dom babci Roberta zgodnie ze wskazówkami mężczyzny. W schowku znajdowały się miedzy innymi pierścionek i naszyjniki należące do Piper i Larisy oraz pistolet Roberta.

Anderson przewidywał, że Walker opowie policji o morderstwach. Podejrzewał też, że Glen wskaże miejsce, gdzie leży ciało Larisy. Dlatego na wypadek, gdyby policja znalazła zwłoki ofiary, postanowił usunąć jej zęby i czaszkę. Dzięki temu policjanci nie zidentyfikowaliby ciała i nic nie łączyłoby go z tym morderstwem. Hazelwood i Michaud sugerowali, że Anderson wyrzucił głowę i zęby przez okno samochodu, kiedy wracał z miejsca morderstwa. Zagadkę wyjaśniły zeznania Brunnera. Jeremy twierdził, że Robert wiele opowiadał o porwaniu Piper. Anderson zgwałcił i udusił kobietę, a jej ciało wrzucił do rzeki Big Sioux River. Potem wrócił do przyczepy państwa Streyle, ponieważ zostawił tam zegarek. Przy okazji zabrał namiot. Dlatego świadkowie widzieli go kilkakrotnie w pobliży przyczepy.

Podczas innej rozmowy Robert poprosił Brunnera, by ten zamordował Walkera. Anderson mu nie ufał i podejrzewał, że powie o wszystkim policji. Gdy Jeremy się zgodził , kolega dał mu dwie mapy. Na jednej zaznaczył dom Walkera, na drugiej dom swojej babci, gdzie ukrył pistolet. Jednak Brunner wcale nie miał zamiaru robić zabijać Glena. Wolał dobić targu z policją � krótszy wyrok w zamian za zeznania. Dzięki informacjom Brunnera, Walkera i Hammera, Robert Leroy Anderson po raz drugi stanął przed sądem.

4 września 1997 Anderson został oskarżony o zabójstwo Larisy Dumansky oraz o zgwałcenie i zamordowanie Piper Streyle.
Śmierć dla mordercy
Proces rozpoczął się w pierwszym tygodniu marca 1999 roku. Roberta reprezentowali John A. Schlimgen i Mike Butler. Głównym oskarżycielem był Larry Long, a sędzią - Tim Dallas Tucker. Proces trwał około miesiąca. W jego trakcie przedstawiono zapis zeznań Shainy Streyle. Dziewczynka nie zeznawała osobiście, bo policja chciała oszczędzić jej stresu. Stawili się natomiast świadkowie, przyjaciele Andersona oraz Jeremy Brunner. Dowody przeciwko Andersonowi były miażdżące. Obrona nie miała żadnych szans. 6 kwietnia 1999 roku ława przysięgłych wydała werdykt. Anderson został uznany winnym popełnienia czterech przestępstw: gwałt i morderstwo Piper Streyle oraz uprowadzenie i morderstwo Larisy Dumansky. Trzy dni później ta sama ława przysięgłych skazała Roberta Leroya Andersona na śmierć.

Glena Walkera osądzono w marcu 2000 roku. Przyznał się do próby uprowadzenia Amy Anderson, do planowania porwania, pomocy w porwaniu i morderstwie Larisy Dumansky. Został skazany na 30 lat pozbawienia wolności.

W styczniu 2002 roku Anderson odwołał się do Sądu Najwyższego Południowej Dakoty. Jego prawnicy przedstawili w apelacji listę 18 punktów, m.in. wskazywali na tajną umowę między oskarżycielami a Jeremym Hammerem, mającą na celu uzyskanie obciążających zeznań. Prawnicy zwrócili także uwagę, że ich klient nie był osobno sądzony za porwanie i morderstwo Larisy Dumansky. Nie mógł również wygłosić mowy końcowej przed ogłoszeniem wyroku.

Sąd Najwyższy obradował w tej sprawie w marcu 2002 roku. Decyzja miała być ogłoszona w maju 2003 roku, jednak Anderson już jej nie poznał. 30 marca 2003 roku Robert Leroy Anderson popełnił samobójstwo. Powiesił się przebywał podczas pobytu w izolatce. Przeniesiono go tam z celi śmierci, ponieważ znaleziono przy nim żyletkę. Prawdopodobnie chciał się zabić przy jej pomocy.
Około trzech miesięcy wcześniej samobójstwo popełnił ojciec Roberta, strzelając sobie w głowę. Wiadomość o śmierci ojca mogła sprowokować Roberta do odebrania sobie życia.

Sąd Najwyższy Południowej Dakoty odrzucił apelację Andersona. Być może Robert popełnił samobójstwo, ponieważ przewidywał, że odrzucona tak to się skończy.

mariksha 15-06-2008 16:38

[text] Baczyński Władysław
 
W nocy z 29 na 30 kwietnia 1958 r. patrol milicyjny na jednej z ulic Wrocławia zauważył mężczyznę, który zachowywał się podejrzenie. W czasie legitymowania milicjanci spostrzegli, że zatrzymany posiada nożyce do cięcia żelaza, zawieszone na ramieniu i ukryte pod płaszczem. W pewnym momencie nieznajomy gwałtownie sięgnął ręką pod płaszcz w stronę pasa. Funkcjonariusze MO obezwładnili go i w wyniku rewizji znaleźli gotowy do strzału pistolet typu FN, 67 sztuk amunicji kal. 9 mm, gumowe rękawiczki, dwie latarki, klucze i inne narzędzia mogące służyć do popełniania przestępstw. Mężczyzna wyjaśnił, że zarówno broń, jak i narzędzia... znalazł przed chwilą na ulicy i właśnie szedł do komisariatu MO, aby je oddać.
Pierwsze zabójstwo
18 lipca 1946 r. powoli dobiegał końca. W parku u zbiegu bytomskich ulic Tarnogórskiej i Morcinka, pomimo zapadającego zmroku, bawiły się dzieci. Opodal w cieniu drzew kobieta prowadziła ożywioną rozmowę z mężczyzną. Nagle padły strzały. Zanim ich odgłos przyciągnął pierwszych przechodniów, kobieta już nie żyła.

Podczas oględzin miejsca zdarzenia znaleziono tylko kilka łusek pocisków kal. 9 mm oraz drobną sumę pieniędzy, którą denatka miała przy sobie. Zabezpieczone łuski przesłano do badań, jednakże broń � narzędzie zbrodni - nie figurowała w centralnej zbiornicy KGMO.

Sekcja zwłok wykazała, że śmierć nastąpiła wskutek ran postrzałowych przenikających klatkę piersiową, serce i płuca. Doszło do wewnętrznego wylewu krwi do jamy opłucnej i osierdzia.
Tożsamość ofiary udało się ustalić dopiero po upływie kilku tygodni.

Nazywała się Anna S., miała 45 lat i mieszkała w jednej z podwrocławskich wsi. Po repatriacji z Lwowa, w maju 1945r., osiadła tam wraz z dwójką dzieci. Kilka dni przed zabójstwem odwiedził ją znajomy ze Lwowa, który wykorzystując nadmiar zaufania, okradł mieszkanie i uciekł w nieznanym kierunku. Anny S. przyjechała do Bytomia odnaleźć złodzieja. On też - w chwili uzyskania tej informacji - stał się głównym podejrzanym. W listopadzie 1946 r. został zatrzymany przez władze wojskowe, które ustaliły, że był od dłuższego czasu poszukiwany za dezercję. Nie przyznał się jednak do zabójstwa Anny S. Upływ czasu w znacznym stopniu utrudnił sprawdzenie alibi podejrzanego, a także uniemożliwił zebranie innych obciążających go dowodów. W tej sytuacji prokurator umorzył postępowanie przeciwko niemu.
Drugie zabójstwo
Prawie 10 lat później, między listopadem 1956 r. a kwietniem 1957 r., popełniono kolejne zabójstwa oraz dwa usiłowania, które pod względem sposobu, jak i okoliczności wykazywały liczne podobieństwa do zabójstwa Anny S.

26 listopada 1956 r. Chaim N. wyszedł z pracy o godz. 18. W drodze do domu jak zwykle zatrzymał się przy budce z piwem, aby wypić butelkę portera. Kwadrans potem sąsiedzi znaleźli go martwego w bramie posesji, w której mieszkał. Nie miał na ciele widocznych obrażeń. Oględziny ubrania i miejsca wypadku nie dały powodu przypuszczać, że ofiara stoczyła z kimś walkę. Nie napadnięto jej też w celach rabunkowych, gdyż miała przy sobie pieniądze i dokumenty. Wyglądało jakby Chaim N. zmarł z przyczyn naturalnych.

Sekcja zwłok wzbudziła jednak zdumienie. Odkryto postrzał klatki piersiowej, który uszkodził mięsień sercowy, aortę i płuco. Pocisk nadal znajdował się w ciele denata. Strzał oddano z daleka. Nabój wydobyty z ciała miał zniekształconą podstawę i czubek. Na jego części cylindrycznej znajdowały się ślady sześciu pól i bruzd przewodu lufy, w tym dwa ślady pól i bruzd były zatarte. Na tej postawie ustalono, że pocisk przeszedł przez przewód lufy kal. 5,6 mm. Broń, z której został odstrzelony nie była zarejestrowana w centralnej zbiornicy KGMO.

Prowadzący śledztwo nie mieli wątpliwości, że Chaim N. padł ofiarą starannie zaplanowanego zamachu. Stwierdzono, że krótko przed godziną 18.15 w bramie zgasło światło. Sprawca chciał w ten sposób zapewnić sobie dyskretne warunki działania. Strzelił do ofiary z broni wyposażonej w tłumik, więc żaden sąsiad nie słyszał huku. Wizja lokalna, podczas której oddano strzały z kilku rodzajów broni, potwierdziła tę hipotezę.

Dwóch świadków zeznało, że wkrótce po wypadku zauważyli wychodzącego z bramy mężczyznę w średnim wieku. Miał na sobie ciemną kurtkę, spodnie tzw. bryczesy i buty z cholewami. Jeden ze świadków pamiętał krótko strzyżony wąsik, ale już nie rysy twarzy - na ulicy było zbyt ciemno. Innych informacji o zabójcy nie udało się uzyskać.

4 stycznia 1957 r. jeden z mieszkańców posesji, w bramie której dokonano zabójstwa, Paweł K., znalazł w skrzynce na listy anonim z dołączoną łuską od pocisku kal. 5,6 mm. Anonim napisano niewprawnym pismem ręcznym, z błędami ortograficznymi. Nabój niezwłocznie przesłał do Zakładu Kryminalistyki KGMO w celu przeprowadzania badań porównawczych. Niestety, nie przyniosły one spodziewanych rezultatów.

Milicja podejrzewała kilka osób o zabójstwo Chaima N., m.in. sąsiada zabitego, a także grupę przestępców. W toku śledztwa nie zdołano jednak zebrać przeciwko nim odpowiednich dowodów.
Kolejne zabójstwa i dwa usiłowania zabójstw
Inżynier Józef S. mieszkał w dzielnicy willowej na peryferiach Wrocławia. 9 stycznia 1957 r. ok. 21, państwo S. wrócili taksówką z miasta. Przed bramą stało dwóch mężczyzn.

Po uregulowaniu należności za przejazd inż. S. poszedł po syna do swej matki, a jego żona Janina udała się do domu. Będąc w kuchni usłyszała kroki na podwórzu. Była przekonana, że to mąż wraca z dzieckiem. Nagle usłyszała huk. Wybiegła przed dom i zobaczyła uciekającego przez ogród mężczyznę. Rzuciła się za nim w pościg, lecz szybko zrezygnowała. Pobiegła w kierunku garażu i w ciemności potknęła się o ciało męża.

Jedynym świadkiem zabójstwa był pięcioletni syn zamordowanego, który widział sylwetkę sprawcy i słyszał, jak ojciec w czasie szamotaniny wymienił jego nazwisko. Niestety, chłopiec go nie zapamiętał. Zabójcę widziała także Janina S. i zapewniła, że będzie w stanie go rozpoznać.

W pobliżu garażu, gdzie Józef S. stoczył walkę z napastnikiem, znaleziono dwie łuski kal. 9 mm oraz oprawkę od zegarka z uszkodzonym uchwytem do paska. W ogrodzie natomiast odkryto kilka śladów obuwia, nadających się do gipsowych odlewów.

Zabezpieczony materiał dowodowy nie pozwolił na szybkie i bezpośrednie ustalenie sprawcy zabójstwa inż. S., jednak w znacznym stopniu przyczynił się do powiązania go z pozostałymi morderstwami. Na podstawie badań naboi stwierdzono, że broń, z której strzelono, została użyta w Bytomiu dnia 18 lipca 1946 r. do zabójstwa Anny S. Ustalono także, że oprawka pochodziła od zegarka należącego do Chaima N.

Powyższe fakty wpłynęły na wyciągniecie bardzo istotnych wniosków: po pierwsze, zabójstw Anny S., Chaima N. oraz Józefa S. dokonał ten sam sprawca, a po drugie przestępca dysponował dwoma rodzajami broni, tzn.: kal. 9 mm oraz małokalibrową.

W wyniku dalszego śledztwa ustalono nazwiska dwóch mężczyzn, którzy w momencie powrotu z miasta ostatniej z ofiar seryjnego zabójcy znajdowali się w pobliżu bramy. Wyjaśnili, że przyjechali do inż. S. po to, aby kupić samochód, transakcja jednak nie doszła do skutku. Odjechali tramwajem do miasta. Podejrzanych przedstawiono żonie denata oraz odtworzono okoliczności ich spotkania z Józefem S.. Na tej podstawie i kilku innych faktach wykluczono, by mężczyźni ci mogli zastrzelić inżyniera. Do sprawy nie wniosły niczego nowego również wyjaśnienia konfliktów ofiary z innymi osobami.
Ostatnie zabójstwo
Późnym wieczorem 15 stycznia 1957 r. nieznany osobnik wtargnął do zabudowania położonego na przedmieściu. Zastrzelił psa, a następnie usiłował pozbawić życia jego właściciela.

Niedoszła ofiara zabójcy, Zenon H., tak zrelacjonował przebieg zdarzenia: Przebywając w mieszkaniu usłyszałem nagle ujadanie psa, a w chwilę później huk na podwórzu. Gdy wybiegłem przed dom, zobaczyłem, że pies nie żyje, a jakiś mężczyzna biegnie ulicą. Wtedy szybko wsiadłem na rower i pomknąłem za nim. W pewnym momencie uciekający mężczyzna zatrzymał się, oślepił mnie światłem latarki i bez ostrzeżenia strzelił w moim kierunku. Na szczęście chybił, jednak po tym, co zaszło, zrezygnowałem z dalszego pościgu. (...) Widziałem napastnika z tyłu, był to mężczyzna średniego wzrostu, poruszał się szybko i zwinnie. Miał na sobie ciemną jesionkę i czapkę cyklistówkę. Nie znam go i trudno mi jest powiedzieć, z jakiego powodu miał do mnie pretensje.

W wyniku oględzin miejsca przestępstwa na ulicy i w pobliżu budy psa znaleziono kilka łusek pocisków kal. 9 mm. Jak wykazała ekspertyza, wystrzelono je z tej samej broni, z której zabici zostali Anna S. i Józef S.

Dziesięć dni po nieudanym zamachu Zenon H. otrzymał pocztą kartkę z pogróżkami (pisownia oryginalna): Wyroku śmierci żądało 8 osób. Ponieważ uciekasz jak zając przed śmiercią łapać Cię i strzelać nikt nie będzie ale postanowiono sprezentować 3 kg materiału aby Cię wraz z żoną wysadzić. Nie chcemy żony i dziecka wysadzać to też uprzedzamy abyś je usunął. Pies zostanie usunięty. Nie spodziewaj się że Cię uchroni rodzina i ta. Cicho (dwa słowa nieczytelne) bez bólu

Kartkę przesłano do ekspertyzy jako materiał porównawczy, załączając anonim w sprawie Chaima N. przysłany Pawłowi K. Wyniki badań grafologicznych potwierdziły przypuszczenia organów śledczych, że oba anonimy napisała ta sama osoba.

W niecałe trzy miesiące później, 11 kwietnia 1957 r., nieznany sprawca próbował zabić dr. A.H. Strzał był niecelny i medyk nie odniósł żadnych obrażeń. Nie udało się ustalić skąd strzelał sprawca. Prawdopodobnie najbardziej dogodnym punktem było poddasze kamienicy położonej naprzeciw mieszkania lekarza. W pokoju znaleziono pocisk kal. 5,6 mm: miał on całkowicie uszkodzony pancerz i w związku z tym nie nadawał się do zbadania.

Upłynął tydzień i liczba zabójstw wzrosła do czterech: zginął Józef W., kierownik administracyjny Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu. Wypadek zdarzył się w wigilię świąt Wielkiej Nocy. Józef W. leżał w łóżku. Nagle coś trzasnęło w sąsiednim pokoju. - Myślał - jak poinformowała żona - że otworzyły się drzwi szafy. Poszedł by je zamknąć. Gdy zbliżył się do okna, padł strzał. Pocisk trafił go prosto w serce.

Oględziny miejsca zdarzenia nie przyniosły niespodzianki. We framudze okna znaleziono pocisk kal. 5,6 mm z uszkodzonym pancerzem, zaś drugi - tego samego kalibru i również uszkodzony - wydobyto z ciała denata. Nie powiodła się próba ustalenia dokładnego punktu celowania - prawdopodobnie było to drzewo oddalone od okna mieszkania o kilkadziesiąt metrów. Eksperci wojskowi orzekli, że skoro sprawca strzelił celnie z takiej odległości, musiał być wybornym strzelcem, a broń wyposażył w optyczne przyrządy do namierzania. To orzeczenie miało duże znaczenie praktyczne. Stworzyło podstawę do odgadnięcia zainteresowań poszukiwanego przestępcy. Niewątpliwie doskonale władał bronią, być może ją kolekcjonował albo był jej "miłośnikiem". Uwzględniając to, próbowano ustalić personalia wszystkich okolicznych pasjonatów militariów. Niestety, poszukiwania ich w tak dużym mieście jak Wrocław były niezmiernie utrudnione i pomimo wysiłków nie przyniosły spodziewanego rezultatu.
Przełom w poszukiwaniach
W nocy z 29 na 30 kwietnia 1958r. do prowadzących śledztwo niespodziewanie uśmiechnęło się szczęście. Milicyjny patrol zatrzymał podejrzanie zachowującego się mężczyznę, przy którym znaleziono gotowy do strzału m.in. pistolet typu FN kal. oraz 67 sztuk amunicji 9 mmm. Był to Władysław Baczyński.

W wyniku kilkakrotnych rewizji jego mieszkania znaleziono: 4000 zł., zegarek bez szkiełka i oprawki, lufę do broni małokalibrowej, lufę do sztucera, przyrządy optyczne do broni, lornetkę, drabinkę sznurkową, dużą ilość amunicji kal. 5,6 mm i 9 mm, różne klucze, wytrychy, piłki do cięcia żelaza oraz metalowe pudełko z sproszkowaną substancją, która, jak wykazały badania, była materiałem wybuchowym. Część znalezionych przedmiotów znajdowała się w specjalnym schowku wydrążonym w klocku drewna.

Wszystkie przedmioty należące do Baczyńskiego sugerowały, że może być poszukiwanym od dawna mordercą. Domysły organów śledczych potwierdziła przeprowadzona przez Zakład Kryminalistyki KGMO ekspertyza zarekwirowanej broni i odstrzelonych łusek. Zamachów na życie Anny S., Józefa S. i Zenona H. dokonano za pomocą broni znalezionej przy Baczyńskim. Udowodniono mu także dwa kolejne zabójstwa: Chaima N. i Józefa S. Nie zdołano natomiast zrobić tego odnośnie próby morderstwa dr. A. H. Władysław Baczyński nie był natomiast autorem anonimów przysłanych Pawłowi K. i Zenonowi H. . Okazało się, że napisała je Emilia P., pielęgniarka. Poznała Władysława w przychodni lekarskiej. W zamian za pomoc w załatwieniu mieszkania w kwaterunku zgodziła się napisać anonimy. Wyjaśniła, że nie wiedziała o zbrodniczej działalności mężczyzny i nie zdawała sobie sprawy, że ulegając jego namowom, stała się mimowolną wspólniczką przestępcy.

Biorąc pod uwagę całokształt sprawy, prokuratora wznowiła umorzone śledztwa i połączyła je w całość.
Zabójca
Władysław Baczyński był z zawodu kierowcą. Miał żonę i troje dzieci. Jego rodzina cierpiała niedostatek, ponieważ ostatnio żyli ze skromnej renty inwalidzkiej. Wśród sąsiadów cieszył się nienaganną opinią. Nie pił alkoholu, nie palił papierosów, wcześnie wracał do domu, unikał konfliktów. Codziennie rano i wieczorem widywano go na spacerze z ulubionym psem. Konflikty w rodzinie rozwiązywał brutalnie, ale bez rozgłosu. W zakładach pracy, gdzie był zatrudniony przed przejściem na rentę, zdania o nim trudno nazwać jednorodnymi. Dyrekcja Wytwórni Filmów Fabularnych wystawiła mu bardzo dobrą opinię: Baczyński był sumiennym i wysoko wykwalifikowanym pracownikiem. Opinie z innych miejsc pracy przedstawiały go jako człowieka skrytego, mściwego i opryskliwego wobec współpracowników, a zwłaszcza przełożonych.

Zarówno motywy zabójstw, jak i dziwne zachowanie podejrzanego w trakcie śledztwa, wskazywały na konieczność przeprowadzenia badań psychiatrycznych. Wnioski wybitnych specjalistów powołanych w tej sprawie były zgodne co do tego, że sprawca, pomimo pewnych odchyleń charakterologicznych, zachował pełną sprawność intelektualną i nie wykazuje jakichkolwiek objawów choroby psychicznej. W zespole odchyleń charakterologicznych na pierwszy plan wysuwały się u niego takie cechy jak: brak więzi uczuciowej z najbliższą rodziną, obniżenie uczuciowości wyższej w zakresie relacji społecznych i poszanowania drugiego człowieka, egocentryczne scentralizowanie uwagi własnej i otoczenia na swoim losie, zasklepienie się we własnych przeżyciach, nietowarzyskość, podejrzliwość, skłonność do despotyzmu.

Orzeczenie sądowo-psychiatryczne, którego głównym celem jest ustalenie stopnia niepoczytalności sprawcy, brzmiało jednoznacznie: Jakkolwiek struktura charakteru Baczyńskiego wykazuje wydatne odchylenia od przeciętnej miary, w nieznacznym stopniu wpływając na jego zdolność kierowania swoim postępowaniem, to jednak jego sprawność intelektualna pozwalała mu należycie oceniać własne działanie jako przestępcze.

Władysław Baczyński został więc uznany za człowieka poczytalnego i w pełni odpowiedzialnego za swoje czyny.
Motywy zbrodni
Jedną z najbardziej frapujących kwestii w śledztwie stanowiły motywy i pobudki , którymi kierował się morderca. Do momentu zatrzymania Baczyńskiego były owiane mgłą tajemnicy. Zarówno Zenon H., który szczęśliwie uniknął śmierci z rąk zabójcy, jak i krewni zamordowanych, nie potrafili dopomóc milicji w rozwiązaniu tej zagadki.

Sam sprawca indagowany o motywy zbrodni wyjaśnił, że czuł niechęć do ludzi, którzy mieli skłonności do krzywdzenia współpracowników. W jego przekonaniu takimi osobami byli Józef S. i Zenon H., przez długi czas przełożeni Baczyńskiego.

Jeżeli chodzi o zabójstwo Chaima N., morderca oświadczył: Miałem z nim porachunki typu handlowego, ale w gruncie rzeczy nie miałem zamiaru go zabić, lecz jedynie postraszyć. W krytycznym momencie jednak N. chwycił za mój pistolet i wtedy padł strzał.

Mężczyzna twierdził również, że nie miał zamiaru zabić inż. Józefa S. W okolicy wilii znalazł się po to, by spalić samochód dr. W., współlokatora inż. S. W oświadczeniu napisał: Czułem do doktora W. urazę, ponieważ nie przepisał mi takich leków, jakich chciałem. Uzupełnił je o następujące wyjaśnienie: Inżynier S. zdradził mój zamiar, a nawet w pewnym momencie zaczął mnie bić, wtedy - w obronie własnej - strzeliłem do niego.

Natomiast zabójstwo Anny S. zostało dokonane z premedytacją, gdyż w przekonaniu Baczyńskiego ofiara współpracowała z Niemcami.

Podane przez niego motywy poszczególnych zbrodni nie znalazły potwierdzenia w śledztwie. Stwierdzono, że dr W. nie miał własnego samochodu, a ten stojący w garażu stanowił własność inż. Józefa S., o czym sprawca niewątpliwie wiedział. Należy zatem przyjąć, że morderca chciał spalić samochód inż. S. lub zastrzelić dr. W. albo popełnić jedno i drugie przestępstwo. Natomiast Anna S. nie kolaborowała z Niemcami. Co prawda w mieszkaniu zamordowanej w czasie okupacji widywano Niemców, lecz ich kontakty miały charakter raczej handlowy. Kobieta aktywnie działała w ruchu oporu i oddała organizacji cenne zasługi.

Natomiast rola Baczyńskiego w tym okresie była niejasna. Również należał do ruchu oporu, ale nie mógł się pochwalić żadnymi osiągnięciami. Co więcej, w rejonie jego działania Niemcy aresztowali wiele osób. Można więc przypuszczać, że Anna S. podejrzewała Baczyńskiego o wydanie tych ludzi i dlatego została przez niego zabita. W czasie śledztwa nie udało się też ustalić, czy Baczyński faktycznie załatwiał sprawy handlowe z Chaimem N. W każdym razie ani rodzina zastrzelonego, ani jego znajomi nigdy nie mieli okazji widzieć N. w towarzystwie zabójcy. Prawdopodobnie więc i w tym wypadku Baczyński kłamał.
Śledztwo, proces, wyrok
W pierwszej fazie śledztwa Władysław Baczyński usiłował sprawiać wrażenie człowieka, który nie zdaje sobie sprawy z tego, co zrobił i w jakim znajduje się położeniu. Odmawiał złożenia merytorycznych wyjaśnień. Napisał nawet list do prokuratora, w którym prosił go o uchylenie aresztu i umożliwienie składania zeznań z wolnej stopy. Równocześnie snuł plany ucieczki. W ręce oficerów śledczych wpadł gryps napisany przez niego do kolegi. Chciał, aby ten dostarczył mu jak najszybciej piłkę do cięcia żelaza.

W późniejszym okresie, uświadamiając sobie bezskuteczność przyjętej taktyki wobec obciążających go dowodów, zmienił ją. Odpowiadał tylko na pytania, które nie wymagały dodatkowych wyjaśnień. Jeśli pytanie brzmiało np. "Czy zastrzeliliście Annę S."? - odpowiadał twierdząco "Tak". W ten sposób przyznawał się do wszystkich zarzucanych mu czynów, z wyjątkiem usiłowania zabójstwa dr. A. H.
Ilekroć żądano od niego szczegółowych odpowiedzi dotyczących okoliczności zabójstw i motywów, uchylał się od nich. W późniejszej fazie śledztwa niekiedy odstępował od tej zasady i opowiadał o swoich planach. Pewnego razu szczerze i cynicznie wyraził ubolewanie z powodu przedwczesnego aresztowania, ponieważ, jak stwierdził, miał zamiar rozprawić się jeszcze z wieloma ludźmi. Na pytanie: "Kogo chciał jeszcze zabić" odpowiadał: "Przygotowałem długą listę".

W czasie rozprawy sądowej Baczyński początkowo symulował chorobę psychiczną, ale pod koniec procesu zmienił nieco postępowanie. Jednakże nie razu nie wykazał skruchy za swe czyny. Oto jak sprawozdanie z trzeciego dnia procesu Baczyńskiego relacjonował wrocławski dziennik Słowo Polski:

Uważny obserwator procesu dochodzi do przekonania, że jeśli w pierwszym dniu Baczyński symulował chorobę umysłową, a drugiego - udawał człowieka krzywdzonego przez wszystkich, to w dniu wczorajszym przede wszystkim bronił własnego życia i to za wszelką cenę. Niejednokrotnie zwracał on uwagę świadkom, że mówią nieprawdę, pouczał ich w bezczelny sposób, co mają mówić i jak jego zdaniem przedstawiają się fakty.
Wczorajszy Baczyński, to nie ten sam sprzed dwóch dni, popisujący się nerwowymi tikami głowy, udzielający na pytania sądu czy prokuratora nielogicznych odpowiedzi. Oskarżony zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, co mu grozi.
Proces Władysława Baczyńskiego toczący się przed Sądem Wojewódzkim we Wrocławiu zakończył się wyrokiem skazującym na karę śmierci. Adwokat oskarżonego złożył rewizję wyroku, ale Sąd Najwyższy po ponownym rozpatrzeniu sprawy, zatwierdził wyrok Sądu Wojewódzkiego. Baczyński zwrócił się do Rady Państwa z prośbą o ułaskawienie, ale jego prośba została odrzucona. W dniu 17 maja 1960 r. wykonano wyrok.

crimelibrary.com

mariksha 15-06-2008 16:40

[text] Berkowitz David
 
List
Kapitan Joseph Borrelli z głównego departamentu policji w Nowym Jorku był jednym z głównych członków Grupy Omega. Operacja ta została powołana przez inspektora Timothy'ego Dowda w celu znalezienia psychopatycznego mordercy, który zabijał swoje ofiary w różnych częściach miasta bronią kalibru 44.
17 kwietnia 1979 roku kapitan Borrelli dostał list od '44-ro kalibrowego mordercy', o następującej treści:

Drogi kapitanie Borrelli, Czuję się głęboko zraniony tym, że nazywa mnie Pan człowiekiem, który nienawidzi kobiet. Nie jestem taki. Ale jestem potworem. Jestem 'Synem Sam'a'.

Kiedy ojciec Sam za dużo wypił, stawał się zły. Bił swoją rodzinę. Czasami wiązał mnie na tyłach domu. Innym razem zamykał mnie w garażu. Sam uwielbiał pić krew.

'Wyjdź na zewnątrz i zabijaj' mówił ojciec Sam.

Za naszym domem są szczątki. Głównie młode. Zgwałcone i zabite, bez krwi. Teraz to już same kości.

Tata Sam zamykał mnie też na strychu. Nie mogłem się stamtąd wydostać, ale często patrzyłem przez okno na poddaszu. Czułem się jak jakiś odmieniec. Zamknięty w swoim świecie i zaprogramowany by zabijać.

Żeby mnie powstrzymać musicie mnie zabić. Wiadomość dla policji: Jak chcecie mnie złapać musicie mnie postrzelić, a potem możecie mnie zabić. Inaczej ja pozabijam was.

Tata Sam jest już trochę stary. Potrzebuje krwi, żeby móc odmłodnieć. Miał już za dużo ataków serca.

Najbardziej ze wszystkiego brakuje mi mojej księżniczki. Ona spoczywa teraz w 'damskim pokoju'. Ale już niedługo znowu ją zobaczę.

Uwielbiam polować. Chodzić po ulicach w poszukiwaniu jakiegoś świeżego mięsa. Kobiety z Queens są najpiękniejsze ze wszystkich. To pewnie przez te ilości wody, które piją. Żyję, aby polować. Krew dla tatusia.

Panie Borrelli, ja nie chcę już zabijać. Robię to, bo muszę. Dla honoru mojego ojca.

Do mieszkańców Queens: Kocham Was ludzie. Życzę Wam wesołych Świąt Wielkanocnych. Niech Bóg Wam wszystkim błogosławi, w tym życiu i następnym.
List nie posiadał żadnych odcisków palców. W czerwcu go opublikowano. Wtedy świat po raz pierwszy usłyszał imię 'Syna Sam'a'.
Sam
Tydzień przed najnowszym morderstwem Syna Sam'a, Sam Carr - emerytowany pracownik z Nowego Jorku otrzymał anonimowy list o swoim czarnym labradorze, Harvey'u. Autor skarżył się na szczekanie psa. 19 kwietnia, dwa dni przed ostatnim zabójstwem, pojawił się kolejny list, napisany tą samą ręką:

Uprzejmie prosiłem, aby Pan uciszył swojego psa, ale moje prośby nic nie dały. Pies dalej hałasował cały dzień. Mówiłem jak to denerwuje moją rodzinę. Nie mamy ani chwili spokoju.

Teraz już wiem jakim typem człowieka Pan jest. Jest Pan okrutny i samolubny. Żadnego współczucia dla innych. Moje życie jest zniszczone, panie Carr. Nie mam już nic do stracenia. Widzę teraz, że moja rodzina nie zazna spokoju dopóki z tym nie skończę.
Carr i jego żona wezwali policję, ale ona potraktowała ich powierzchownie. Dziesięć dni później Carr usłyszał odgłosy strzałów, dochodzące z tyłu swojego domu, gdzie odkrył na ziemi krwawiącego Harvey'a. Dostrzegł też uciekającego mężczyznę w dżinsach i żółtej koszuli.

Carr zabrał labradora do weterynarza, gdzie udało się go uratować. Następnie ponownie zadzwonił na policję. Tym razem dwóch funkcjonariuszy, Peter Intervallo i Thomas Chamberlain przeanalizowało dokładnie listy i wszczęło śledztwo. Wówczas jeszcze nie opublikowano w prasie listu do kapitana Borrelli'ego, więc nikt nie mógł połączyć tych dwóch spraw.

Dopiero po jakimś czasie, 19-letni syn Carra przypomniał sobie mężczyznę, który na początku 1976 roku wynajął u nich pokój. Był to David Berkowitz. Zostawił u nich dwustu dolarowy depozyt i nigdy po niego nie wrócił. I zawsze narzekał na ich psa. Wówczas to policja wpisała Berkowitza do kartotek, razem z jego adresem oraz rejestracją jego Forda Galaxy.

Tymczasem Operacja Omega posuwała się naprzód w poszukiwaniach i nowych poszlakach. Do badania sprawy zatrudniono około dwustu detektywów. W mieście szerzyła się panika. Dla detektywów poszukujących mordercy wyznaczona została nagroda.

Do zespołu kapitana Borrelli'ego dołączono kilku bardzo zdolnych funkcjonariuszy, m.in.: sierżanta Josepha Coffey'a oraz detektywa Redmonda Keenana.
Panika
Kiedy Syn Sam'a uderzył po raz pierwszy, nikt nie przypuszczał, że to debiut seryjnego mordercy. Dwie młode kobiety - 18-letnia brunetka Donna Lauria i jej rok starsza koleżanka, Jody Valenti jechały do Bronxu, do domu Donny. Była pierwsza nad ranem, więc rodzice Donny zawołali ją do domu. Dziewczyna powiedziała, że zaraz przyjdzie. Zaraz po tym jak jej rodzice weszli do domu, Donna zauważyła mężczyznę stojącego obok samochodu. 'Kim jest ten facet? Czego chce?' - zapytała. Jednak jej pytania pozostały bez odpowiedzi. Mężczyzna wyciągnął z papierowej torby broń kalibru 44. i strzelił w stronę samochodu pięć razy. Donna zmarła od razu, postrzelona w szyję. Jody dostała w udo i udało jej się wyczołgać z samochodu. Zaczęła wzywać pomocy. Chwilę potem ojciec Donny usłyszał hałas i zbiegł na dół. W piżamie i na boso pojechał do szpitala mając nadzieję, że jeszcze da się uratować jego córkę.

Policja nie mogła znaleźć motywu zabójstwa. Domyślano się, że to atak psychopaty z przypadkowymi ofiarami. Jody, mimo szoku, zdołała ujawnić kilka szczegółów na temat sprawcy. Jednak to, co opowiedziała nie wystarczało.

23 października 1976 roku, trzy miesiące po śmierci Donny Laurii, 20-letni Carl Denaro pił z kumplami piwo w jednym z barów w Queens. Za kilka dni miał wstąpić do Sił Powietrznych i wyjechać na cztery lata. Chciał się zobaczyć ostatni raz ze znajomymi. Na spotkaniu była również jego znajoma z college'u - Rosemary Keenan. Impreza skończyła się około 2:30 rano, więc Carl odwiózł Rosemary do domu. Zaparkowali przed jej mieszkaniem i rozmawiali jeszcze przez chwilę. Wtem do auta podszedł mężczyzna. Wyciągnął broń i wystrzelił pięć razy w stronę samochodu, trafiając Carla w głowę. Przerażona Rosemary, nie wiedząc co robić pojechała do baru, gdzie zastała jeszcze znajomych Carla i wszyscy razem ruszyli do szpitala. Lekarze zdołali naprawić jego uszkodzoną czaszkę poprzez wstawienie metalowej płytki.

Niewiele ponad miesiąc później, wieczorem, 26 listopada 1976 roku, szesnastoletnia Donna DeMasi i jej osiemnastoletnia koleżanka - Joanne Lomino wracały z kina. Autobus zatrzymał się niedaleko domu Joanne. Dziewczyna zauważyła mężczyznę stojącego nieopodal. Przyjaciółki przyspieszyły kroku, a mężczyzna zaczął za nimi podążać.

'Czy wiecie, gdzie...'- mężczyzna zaczął zdanie, ale nigdy go nie dokończył. Zamiast tego wyciągnął broń spod swojej kurtki i zaczął strzelać. Trafił obydwie dziewczyny. Słysząc krzyki, rodzina Joanne wybiegła na zewnątrz i zabrała je do szpitala. Kiedy dotarli, lekarze powiedzieli, że z Donną będzie wszystko w porządku. Kula trafiła w miejsce obok kręgosłupa i przeszyła ciało na wylot. Niestety Joanne nie miała tyle szczęścia. Jej kręgosłup został naruszony przez pocisk. Żyła, ale została sparaliżowana.

Podczas tych trzech napaści, popełnionych w dwóch różnych miejscach, Bronxie i Queens, odkryto tylko jeden nienaruszony nabój. Policja nie potrafiła połączyć wszystkich tych zbrodni w całość. Sprawa ucichła na kilka miesięcy. Ale 30 stycznia 1977 roku, morderca znów wyszedł na polowanie.

26-letnia Christine Freund wraz z jej przyjacielem, Johnem Dielem wyszli z The Wine Gallery w Queens około dziesięć minut po północy. Weszli do samochodu, ale byli zbyt zajęci sobą, aby zauważyć mężczyznę, który ich obserwował. Kiedy tylko wsiedli do samochodu, dwa strzały przerwały ciszę nocną. Obydwa trafiły Christine w głowę. John położył jej głowę na siedzeniu kierowcy i zaczął biec w poszukiwaniu pomocy. Zatrzymywał przejeżdżające samochody, ale bez rezultatu. Tymczasem sąsiedzi, którzy usłyszeli odgłosy strzałów, zawiadomili policję. Christine zmarła w szpitalu kilka godzin później.

43-letni detektyw sierżant Joe Coffey był znanym ze swojego oddania i delikatności, wysokim, przystojnym Irlandczykiem. Wraz z kapitanem Borrelli zaczął pracować nad ostatnim zabójstwem. Mieli dwie teorie: że morderca był albo psychopatą, albo miał jakieś osobiste porachunki z Christine Freund. Coffey zauważył, że pociski którymi zabito Christine były dość nietypowe. Pochodziły z mocnej broni, o dużym kalibrze. Śledztwo później dowiodło, że były one identyczne jak te, znalezione przy zbrodniach dokonanych na Donnie Laurii, Donnie LaMasi i Joanne Lomino. Coffey domyślał się, że ta sprawa ma coś wspólnego z morderstwami w różnych częściach miasta. Balistycy określili, że bronią, którą strzelano do ofiar był Charter Arms Bulldog o kalibrze 44. - czyli bardzo rzadka broń. Jednak policja nie była w stanie połączyć morderstw, gdyż było zbyt mało dowodów. Wyglądało na to, że psychopata zupełnie przypadkowo wybierał młode, atrakcyjne kobiety.

We wtorkowy wieczór, 8 marca 1977 roku, Virginia Voskerichian wracała z Barnard College do domu. Była bardzo utalentowaną i mądrą dziewczyną. Jej rodzina przeniosła się do USA z Bułgarii w późnych latach 50.

Kiedy podążała Dartmouth Street w kierunku swojego domu, zauważyła przechodnia, który zaczął się do niej zbliżać. Kiedy byli bardzo blisko siebie, mężczyzna wyciągnął pistolet kalibru 44. i wymierzył w dziewczynę. Virginia próbowała zasłonić się książkami, ale zabójca strzelił jej w twarz. Zmarła natychmiast. Kiedy morderca zaczął biec, minął przechodnia w średnim wieku, który widział całe zajście. David powiedział mu tylko 'Dzień dobry Panu'.

Wóz patrolowy zauważył biegnącego mężczyznę, ale kiedy funkcjonariusze usłyszeli o morderstwie na Dartmouth Street, zrezygnowali z zatrzymania faceta i szybko udali się na miejsce zbrodni. Następnego dnia policjanci odkryli, że kula, którą zabito Virginię Voskerichian, pochodziła z tej samej broni, którą zabito Donnę Laurię. Szukali psychopaty i wiedzieli, że niedługo znowu zabije. Wkrótce komisarz policji zwołał konferencję prasową dla mieszkańców Nowego Jorku, na której ogłosił, że policja połączyła przypadkowe morderstwa w różnych częściach miasta. Komisarz powiedział także, że wszystkich zabójstw dokonał 'biały, wysoki mężczyzna, średniej budowy, z ciemnymi włosami i wieku około 25-30 lat'.

17 kwietnia 1977 roku, w samochodzie zaparkowanym niedaleko miejsca, gdzie została zamordowana Donna Lauria, siedziało dwoje całujących się ludzi. Była to początkująca aktorka i modelka, 18-letnia Valentina Suriani oraz jej chłopak, 24-letni Alexander Esau. Tej niedzieli, o trzeciej nad ranem, zaparkował obok nich inny samochód. Jego kierowca strzelił dwa razy. Valentina zmarła na miejscu, a Alexander chwilę później w szpitalu. Po wstępnych badaniach okazało się, że to był kolejny atak z broni kalibru 44. Morderca czuł się bezkarnie, bo wiedział, że nikt nie jest w stanie odróżnić go od milionów normalnych mężczyzn w mieście.
Postęp w śledztwie
Dr. Martin Lubin, główny psychiatra w sprawie Syna Sam'a, zwołał zebranie, na którym miano stworzyć portret psychologiczny mordercy. W maju 1977 roku, policja wiedziała, że poszukiwany jest schizofrenik paranoidalny, który prawdopodobnie uważał się za nosiciela jakiegoś demona. Zabójca był prawdopodobnie samotnikiem i miał problemy z nawiązywaniem kontaktów, w szczególności z kobietami.

Biuro akcji Omega zostało zasypane telefonami. Wielu ludzi uważało, że zna potencjalnego mordercę. Czasami był to sąsiad, który późno wracał do domu, innym razem były szwagier, który lubił bawić się bronią, a jeszcze innym razem podejrzany typ z baru, który nienawidził ładnych dziewczyn. Lista podejrzanych ciągle rosła. Każdy na tej liście musiał być dokładnie sprawdzony i ewentualnie wyeliminowany.

Podczas, gdy policja zajmowała się ściganiem podejrzanych i sprawdzaniem rejestracji na bronie kalibru 44., Syn Sam'a postanowił napisać list do reportera Daily News, Jimmy'ego Breslina.

Witam z pękniętych chodników Nowego Jorku, w których żyją mrówki, karmiąc się zaschniętą krwią śmierci pochowanej pod tymi chodnikami.

Witam z rynsztoków Nowego Jorku, zasyfionych psimi odchodami, wymiocinami, tanim winem, uryną i krwią. Witam z kanałów Nowego Jorku, które połykają to wszystko, aby potem zostać z tego oczyszczone.

Nie myślcie nawet, że skoro się tak długo nie odzywałem, poszedłem spać. Nie, dalej tu jestem. Jak duch pośród ciemnej, cichej nocy. Głodny bólu i bez odpoczynku na prośbę Sam'a. On nie pozwoli mi odpocząć dopóki nie znajdę dla niego odpowiedniej ilości krwi.

Powiedz mi Jim, co będziesz robić 29 lipca? Możesz zapomnieć o mnie, jeśli chcesz, bo ja nie dbam o opinię publiczną. Ale nie możesz jednak zapomnieć o Donnie Laurii, tak samo jak wszyscy inni nie mogą tego zrobić. Ona była taką słodką dziewczyną.

Nie wiem co przyniesie przyszłość, ale musisz pamiętać o Pani Laurii. Dziękuję.

Z rynsztoków i w ich krwi - "Wytwór Sam'a" 44.
Daily News opublikowało część listu za zgodą policji. Zabezpieczono kilka odcisków palców z listu, które właściwie niewiele mogły pomóc w odszukaniu podejrzanego, ale mogły być później użyte w sądzie jako dowód.

26 czerwca 1976 roku, o trzeciej nad ranem, młoda dziewczyna - Judy Placido wracała z dyskoteki ze swoim znajomym, Sal'em Lupo.

'Ten Syn Sama jest naprawdę przerażający. To jak on pojawia się nagle znikąd i nikt nigdy nie wie kiedy zaatakuje...'- mówiła Judy.

Później Judy usłyszała tylko jakiś dźwięk, coś jak strzał. Wszystkie okna w samochodzie były zamknięte i dziewczyna nie wiedziała, skąd ten dźwięk dochodzi. Była zdezorientowana. Sal myślał, że ktoś rzucił w auto kamieniem, więc pobiegł do dyskoteki po pomoc. Judy zobaczyła w lusterku, że jest zakrwawiona. Była ranna w ramię. Sal również został postrzelony w przedramię. Oboje mieli wiele szczęścia, że udało im się uciec i wyjść z tego bez większych komplikacji.

Jak na ironię, jakieś 15 minut przed tym wydarzeniem, detektyw Coffey był w pobliżu miejsca, gdzie później miała miejsce strzelanina. Kiedy usłyszał co się stało, ruszył w tamto miejsce, ale ani Judy, ani Sal nie byli w stanie podać jakichkolwiek szczegółów dotyczących sprawcy napadu.

Pierwsza ofiara Syna Sama - Donna Lauria, została zamordowana 26 lipca 1796 roku. Gdy policja otrzymała list Berkowitza do Jima Breslina, zaczęły się podejrzenia, że morderca może uderzyć w rocznicę zabicia Donny lub jakoś w tych dniach. Gazety pisały tylko o tym, a miasto żyło w panicznym strachu. Biuro akcji Omega było zdesperowane. Jak ochronić całe miasto młodych kobiet przed przypadkowym mordercą? Detektyw Coffey starał się rozmieszczać w mieście jak najwięcej patroli policyjnych. To była gra pełna oczekiwania i niepewności. Aż do 29 lipca ludzie bali się wychodzić po zmroku na ulicę. Dwa dni później, gdy wszyscy zdali sobie sprawę, że rocznica śmierci pierwszej ofiary minęła bez kolejnych, Syn Sama uderzył po raz kolejny.

Tuż nad ranem, 31 lipca 1977 roku, młoda, ładna kobieta, Stacy Moskowitz siedziała w samochodzie ze swoim chłopakiem Bobby'm Violante. Wrócili właśnie z kina samochodowego i chcieli dokończyć ten wieczór na parkingu niedaleko Zatoki Gravesend.

Bobby spytał, czy przejdą się na spacer do parku. 'A co jeśli Syn Sama się tam ukrywa?' - odpowiedziała Stacy. 'To Brooklyn nie Queens, nie martw się' - upierał się chłopak. W końcu wyszli z samochodu i poszli w stronę parku. Chwilę potem zauważyli, że ktoś za nimi idzie, ale w końcu mężczyzna zawrócił i znikł za zaparkowanymi samochodami. Stacy się wystraszyła i chciała wracać do auta. Kiedy dotarli do samochodu, dziewczyna chciała już wracać do domu, ale Bobby chciał, żeby jeszcze przez chwilę zostali sam na sam.

'Później usłyszałem odgłos jakby tłuczonego szkła - mówi Bobby - ja nic nie czułem, ale widziałem jak Stacy straciła przytomność. Nie wiem nawet kto pierwszy dostał - ja czy ona.'

Bobby Violante został postrzelony dwa razy w twarz, natomiast Stacy raz w głowę. Kiedy chłopak zauważył, że Stacy straciła przytomność, wyczołgał się z samochodu i zaczął wzywać pomocy. Wkrótce potem zjawiła się policja i zabrała obie ofiary do szpitala. Gdy rodzice Stacy pojawili się w szpitalu, dowiedzieli się jak poważna jest sytuacja ich córki i że trzeba zabrać ją do szpitala w Kings na bardzo skomplikowaną operację głowy. Zarówno rodzice Bobby'ego, jak i rodzice Stacy cierpliwie czekali na jakąś poprawę w zdrowiu ich dzieci. Trzydzieści osiem godzin po strzelaninie, Stacy zmarła. Bobby przeżył, ale stracił lewe oko, a na prawe praktycznie nie widział.
Zatrzymanie
3 sierpnia 1977, kilka dni po ataku na Stacy Moskowitz oraz Bobby'ego Violante, dwaj policjanci - Chamberlain i Intervallo postanowili sprawdzić w policyjnym komputerze dane na temat Davida Berkowitza na podstawie jego prawa jazdy. Funkcjonariusze doszli do wniosku, że opisany przez żyjących świadków wygląd Syna Sama, odpowiada budowie, wzrostowi, a nawet wiekowi Berkowitza. Policjanci postanowili porozmawiać z właścicielem budynku, w którym mieszka Berkowitz. Dowiedzieli się jedynie, że pracował on kiedyś w firmie ochroniarskiej IBI w Queens. To dowodziło, że David miał prawdopodobnie sporą wiedzę o różnych broniach. Następnie zadzwoniono do IBI, aby potwierdzić, że Berkowitz tam pracował. Chamberlain i Intervallo dowiedzieli się, że podejrzany zrezygnował z pracy tam w lipcu 1976 roku, dokładnie wtedy, kiedy popełniono pierwsze morderstwo. David miał rzekomo zatrudnić się w firmie taksówkarskiej, ale w Nowym Jorku funkcjonowało ich kilkaset, więc dzwonienie do każdej brzmiało niedorzecznie.

Jednak ci dwaj policjanci prawdopodobnie wpadli na ślad Syna Sama. Wkrótce potem poproszono detektywa Richarda Salvesena o przeanalizowanie listów, które wysyłał morderca i wszystkie te nowe wiadomości trafiły do biura akcji Omega.

Niedługo potem pojawiły się kolejne dowody przeciw Berkowitzowi. Niejaka Cacilia Davis zgłosiła, że widziała mężczyznę, który strzelał do Stacy i Bobby'ego. Detektyw Strano pojechał do jej domu, aby wysłuchać, co ma do powiedzenia.
Rysopis
Kobieta powiedziała, że tamtego dnia wróciła do domu nad ranem i postanowiła pójść jeszcze na spacer ze swoim psem, Snowballem. Wydawało jej się, że ktoś ją śledzi. Odwróciła się i zobaczyła mężczyznę, który wyglądał jakby chciał się ukryć za pobliskim drzewem, ale ono było zbyt małe. Potem facet zaczął iść w jej kierunku i uśmiechał się do niej. 'To był taki zwykły miły uśmiech' - mówi pani Davis - 'kiedy się do mnie zbliżył wydawało mi się, że ma w ręce broń, więc się przestraszyłam. Szybko udałam się do domu i zwolniłam psa z obroży. Chwilę potem usłyszałam coś w rodzaju wybuchu petard, ale dźwięk chyba dochodził z dość daleka. Nie myślałam o tym aż do następnego ranka, kiedy dowiedziałam się o tym morderstwie. Zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie widziałam zabójcę. Nie zapomnę jego twarzy chyba do śmierci, była przerażająca...'

Mniej więcej w tych samych dniach, detektyw Chamberlain odebrał telefon od niejakiego Craiga Glassmana, który mieszkał nad Berkowitzem. Glassman pokazał detektywowi naboje znalezione w drzwiach swojego mieszkania oraz listy napisane identycznym pismem, jak te które otrzymał Sam Carr. W jednym z nich pisało: 'Prawda, jestem mordercą, ale te morderstwa są na twój rozkaz, Craig.' Wiadomości te miały natychmiast dotrzeć do biura akcji Omega, ale dotarły dopiero kilka dni później.

Na podstawie zebranych dowodów oraz zeznań świadków wydano nakaz zatrzymania Berkowitza. Policja zaczaiła się na niego w pobliżu jego mieszkania. Po kilku godzinach czekania z budynku wyszedł ciemnowłosy, wysoki mężczyzna, niosąc papierową torbę. Oficer Falotico wyszedł z samochodu ze słowami: 'Stać! Policja!'

David nie stawiał oporu.

'Nareszcie cię mam. Ale co ja tu mam?' - spytał Falotico.

'Dobrze wiesz, jestem Sam. David Berkowitz.' - grzecznie odpowiedział Syn Sam'a.
Syn Sam'a
W dniu aresztowania sierżant Joseph Coffey przeprowadził z Berkowitzem wywiad. David spokojnie i w sposób opanowany opowiadał o każdym z morderstw z najdrobniejszymi szczegółami, które mógł znać tylko zabójca. Kiedy rozmowa się skończyła, David grzecznie powiedział sierżantowi 'do widzenia'. 'Kiedy szedłem na tą rozmowę - mówi Coffey - byłem pewien obaw jak to się potoczy, ale teraz jest mi wręcz żal tego człowieka. Przecież ten mężczyzna jest zupełnie jak roślina.'

Kim był David Berkowitz i jak stał się Synem Sam'a?
David dorastał w średniej klasy rodzinie zastępczej, a jego przybrani rodzice zasypywali go prezentami i mnóstwem uwagi.

Jego prawdziwa matka, Betty Broder dorastała w biednej rodzinie na przedmieściach Brooklyn'u. Jej żydowska rodzina nie zgadzała się na małżeństwo z Tonym Falco, który pochodził z Włoch, więc oboje nazbierali trochę oszczędności i uciekli, aby założyć sklep rybny w 1939 roku. Niedługo potem Betty urodziła córkę, Roslyn. Wkrótce ich małżeństwo się rozpadło, a Tony odszedł do innej kobiety. Sklep rybny zbankrutował, a Betty musiała wychowywać Roslyn na własną rękę. Samotne wychowywanie dziecka nie odpowiadało jej za bardzo, więc zaczęła się spotykać z żonatym mężczyzną - Josephem Kleinmanem. Jednak sytuacja się skomplikowała, gdy okazało się, że Betty jest z nim w ciąży. Ojciec dziecka odszedł jeszcze zanim David się urodził, czyli przed 1 czerwca 1953 roku. Betty postanowiła oddać syna do adopcji i bardzo się ucieszyła, że trafił do dobrej żydowskiej rodziny.

David został adoptowany przez bezdzietne małżeństwo - Nathana i Pearl Berkowitz. Miał spokojne i szczęśliwe dzieciństwo bez jakichkolwiek oznak tego co miało wydarzyć się później. Być może głównym tego powodem było to, że zarówno zastępcza rodzina David, jak i on sam byli samotnikami. Chłopak zawsze był większy od innych dzieci w swoim wieku i wśród nich czuł się obcy. Sąsiedzi wspominają go jako miłego chłopczyka, a rodzice jako dobre dziecko, mimo dość licznych kłopotów jakie z nim mieli.

Pod koniec 1969 roku Pearl zmarła na raka piersi, co było ogromnym szokiem dla Davida. Jego wiara w Boga została poważnie zachwiana. Chłopak myślał, że jej śmierć była częścią jakiegoś planu, który miał na celu go zniszczyć.

W 1971 roku Nathan poślubił inną kobietę i wyprowadził się z nią na Florydę, zostawiając Davida samego. On sam radził sobie jakoś dopóki jego fantazje nie zawładnęły jego życiem. Miał jeden związek, choć również oparty głownie na jego wyobraźni, bo Iris Gerhardt uważała go tylko za przyjaciela.

W 1971 roku David wstąpił do armii, gdzie utrzymał się przez trzy lata. Później odnalazł swoją biologiczną matkę i siostrę Roslyn. Przez jakiś czas mieszkał z nimi i pomagał im pracując w rodzinnym interesie. Jednak to nie trwało długo, wkrótce potem opuścił rodzinę. Jedyny stosunek seksualny miał z koreańską prostytutką, która jako pamiątkę zostawiła mu chorobę weneryczną. Obsesja zabijania narodziła się w Berkowitzu prawdopodobnie z powodu jego fantazji na temat niemal każdej napotkanej dziewczyny, której nie mógł mieć.

David mówił, że słyszał demony, które kazały mu polować na krew młodych dziewcząt. Właśnie dlatego zabił psa Carra, gdyż w jego notorycznym szczekaniu słyszał głosy demonów. W jego mniemaniu Sam Carr również był demonem. I to najokrutniejszym z demonów. Dlatego właśnie zaczął się nazywać Synem Sam'a.

Dzień przed zabiciem Donny Laurii David zwolnił się z pracy jako nocny ochroniarz i zaczął pracować jako taksówkarz. Zaprzecza jakoby chciał zabić Donnę i Judy, mówi, że to demony mu nakazały. Jednak po zabójstwie David poczuł spełnienie, Sam był spełniony. Obiecał mu, że Donna zmartwychwstanie i będzie z nim już na zawsze.
W jednym z wywiadów David powiedział:

Najlepiej dla tych wszystkich rodzin moich ofiar będzie, jeśli już nigdy mnie nie zobaczą. Dla mnie będzie najlepiej, jeżeli będę mógł w spokoju skupić się na modlitwie i odszukiwaniu samego siebie. Uważam, że nie zasługuję na zwolnienie warunkowe, ponieważ tak bardzo skrzywdziłem wielu ludzi i wiem, że oni nigdy mi tego nie wybaczą. Tak bardzo chciałbym, żeby to wszystko nigdy się nie wydarzyło...
Gdy spytano go dlaczego zabijał odpowiedział:

Nie wiem. Naprawdę nie wiem. To był jakiś koszmar. Coś zrodziło się w mojej głowie i kompletnie zapanowało nad moim życiem. Wydawało mi się, że jestem żołnierzem Diabła. Czytałem Biblię Szatana i wyciągałem z niej różne głupie pomysły. Wiem, że cała odpowiedzialność za to, co się stało spoczywa na mnie i na nikogo ani nic innego nie próbuję jej zrzucić. Teraz pozostaje mi tylko zapomnieć o wszystkim co się wydarzyło.
Nie wydano pozwolenia na zwolnienie warunkowe. Kolejne pozwolenie zostanie rozpatrzone dopiero w 2004 roku.

Przez pierwsze lata w więzieniu, były nie lada problemy z Berkowitzem. Jednak, gdy tylko przeszedł on na wiarę chrześcijańską, problemy zniknęły. David zaczął się udzielać w więziennym życiu, a nawet pomagać innym więźniom. Prawdopodobnie zrozumiał, że nie ma szans opuścić więzienia i musi przywyknąć do tamtejszej rzeczywistości.

crimelibrary.com

mariksha 15-06-2008 16:41

[text] BTK Strangler
 
Pierwsze morderstwo
15 stycznia 1974 roku był zwykłym zimowym dniem. Piętnastoletni Charlie Otero wracał ze szkoły do domu. Charlie, jego rodzice, Joseph i Julie, oraz jego młodsze rodzeństwo mieszkali w spokojnej okolicy, na farmie przy 803 North Edgemoor Street.

Chłopiec, zadowolony z tego, że skończył się kolejny dzień w szkole wracał sobie spokojnie do domu. Dwójka jego rodzeństwa źle się czuła, i pozostali w domu. Charlie wszedł do domu. Nie miał żadnych podstaw by coś podejrzewać. Jak zwykle zawołał: "Cześć, jest ktoś w domu?" W domu jednak panowała złowroga cisza. Nie było żadnej odpowiedzi. Charlie, teraz już trochę wystraszony, zaczął iść w kierunku sypialni rodziców. Był nieco zaniepokojony tą sytuacją. Jednak nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie przerażenia, jakie wywołało to, co zobaczył, gdy wszedł do sypialni.

Ojciec Charliego, Joseph, 38 letni mężczyzna, leżał na podłodze, przy łóżku. Jego ręce i nogi były związane sznurkiem od żaluzji. Matka chłopca leżała w podobnej pozie, tylko, że na łóżku. Przez kilka sekund Charlie nie był w stanie nic zrobić. Jednak po chwili zaczął desperacko wzywać pomocy.

Dopiero po przybyciu policji odkryto całe miejsce zbrodni. 9-letni Joseph II został znaleziony w swoim pokoju. Leżał na podłodze, obok łóżka. Jego ręce i nogi również były związane sznurkiem od żaluzji. Na głowie miał założoną plastikową torbę.

Na dole, w piwnicy znaleziono 11-letnia siostrę Charliego. Josephine wisiała na sznurze. Była częściowo rozebrana. Miała na sobie tylko bluzę i skarpetki.

Wszystkie ofiary zostały uduszone sznurem od żaluzji.

Jak stwierdził kapitan Paul Dotson, znalezione nasienie świadczyło o tym, że napastnik masturbował się nad ofiarami. Zniknął też zegarek Josepha Otero. Nigdy go nie odnaleziono. Detektywi uznali, że napastnik zatrzymał zegarek jako wspomnienie popełnionej zbrodni. Policjantom udało się też zebrać jeden odcisk palca z krzesła wewnątrz domu państwa Otero.

Pomijając modus operandi sprawcy, wiadomo było, że zbrodnia ta została z góry zaplanowana. Morderca przeciął przewody telefoniczne. Przyniósł ze sobą też sznur, którym potem udusił ofiary. Sąsiedzi zauważyli obcego mężczyznę w okolicy i podali policji jego rysopis. Szybko opublikowano portret pamięciowy napastnika.
Zwiąż, Torturuj, Zabij
W październiku 1974 roku, dziewięć miesięcy po morderstwie rodziny Otero, dziennikarz lokalnej gazety przeprowadził dziwną rozmowę. Najprawdopodobniej rozmawiał z mordercą. Człowiek ten kazał dziennikarzowi zajrzeć do podręcznika budowy maszyn w publicznej bibliotece. W książce tej dziennikarz znalazł list. W liście autor wyrażał zadowolenie z popełnienia morderstw w domu państwa Otero, i zapowiadał kolejne zbrodnie. W liście tym morderca napisał: "moich hasłem niech będzie... Zwiąż, Torturuj, Zabij." List był podpisany: "BTK Strangler". Detektywi natychmiast poprosili by ten list został objęty tajemnicą. Nie chciano wywoływać paniki.

4 kwietnia 1974 roku, trzy miesiące od popełnienia morderstw w domu państwa Otero, 21-letnia Kathryn Bright została znaleziona martwa w swoim domu nr 3217 E przy 13 ulicy. Ofiara była związana. Na brzuchu miała wiele ran kłutych. Dziewczyna była też częściowo rozebrana, na szyi miała ślady duszenia. Przed śmiercią przeżyła horror z rąk BTK.

3 lata później, 17 marca 1977 roku policja została wezwana do domu przy 1311 South Hydraulic Street. Wewnątrz domu znaleziono martwą kobietę, była nią 26 letnia Shirley Vian. Leżała na łóżku, częściowo rozebrana. Dłonie i stopy były związane, na głowie miała plastikową torbę. Po zdjęciu torby policjanci odkryli "podpis" BTK. Dziewczyna miała na szyi ciasno zaciśnięty sznur. Napastnik zamknął trójkę jej dzieci w szafie. Gdy udało im się wydostać natychmiast zawiadomiły policję.

Znów wszystko wskazywało na to, że zbrodnia ta została wcześniej dokładnie zaplanowana. Morderstwa dokonano za dnia, nie było żadnego śladu włamania. Tego dnia rano morderca zatrzymał jednego z synów ofiary na ulicy, pokazał mu zdjęcia kobiety z dzieckiem, chciał znaleźć jej dom.
Następna ofiara
W mieście wybuchła panika. Mieszkańcy, zaraz po powrocie do domu sprawdzali czy ich przewody telefoniczne nie są poprzecinane. Był to znak rozpoznawczy BTK. Kobiety szybko wracały z pracy do domów, zamykały dokładnie drzwi. BTK stał się bohaterem wielu opowieści na przyjęciach i w barach.

8 grudnia 1977 BTK zadzwonił na policję i pod konkretnym adresem zgłosił morderstwo Nancy Fox. Policjanci szybko zlokalizowali budkę telefoniczną, z której wykonano połączenie. Znaleziono też świadków, którzy zeznali, że widzieli w tym czasie mężczyznę, blondyna, który dzwonił gdzieś z tej budki. Niestety słaba jakość tej rozmowy nie pozwalała na jakąkolwiek analizę głosu.

W miejscu wskazanym przez anonimowego informatora policjanci znaleźli ślady po włamaniu. Okno w mieszkaniu było wybite. Po wejściu do sypialni, detektywi znaleźli zwłoki. Kobieta miała 25 lat, była to Nancy Jo Fox. Na szyi denatki zawiązana była nylonowa pończocha. W przeciwieństwie do poprzednich ofiar, Nancy była kompletnie ubrana. Zginęło jej prawo jazdy, nigdy go nie znaleziono. Morderca po raz kolejny zabrał ze sobą pamiątkę zbrodni. Morderstwa dokonano w nocy, w mieszkaniu znaleziono ślady nasienia. Jednak późniejsze badania zwłok Nancy nie potwierdziły odbycia stosunku seksualnego.
List
BTK zniknął równie niespodziewanie jak się pojawił. Nie było kolejnych morderstw.

Mimo to, wielu ludzi obawiało się wychodzić na zewnątrz swoich domów po zmroku. Wielu z nich kupiło broń.

31 stycznia 1978 roku BTK napisał kolejny list. Była to krótka opowieść o kobiecie, która została zamordowana w marcu 1977 roku. Była nią Shirley Vian.

Kolejny list BTK napisał 10 lutego tego samego roku. Napisał go, ponieważ był zaniepokojony brakiem rozgłosu wokół jego osoby. "Ilu jeszcze mam zabić, by informacja o mnie pojawiła się w gazetach lub jakichś wiadomościach?" W liście tym morderca przyznaje się do zamordowania 7 osób. Ostatnia to Nancy Jo Fox. Numer siedem jest nieznany. "Domyślcie się motywu i ofiary".
Detektywi nie byli w stanie potwierdzić takiej liczby ofiar, jednak uwierzyli mordercy. Ustalono, że siódmą, nieznaną ofiarą był Kathryn Bright. Morderca obwiniał za te zbrodnie jakiegoś demona, i sobie tylko znany "czynnik X". Swoje morderstwa porównywał do tego, co robili wcześniej Kuba Rozpruwacz, Dusiciele ze Wzgórz czy Syn Sama.

"Bardzo mi przykro, że przytrafiło się to społeczeństwu. Oni byli tymi, którzy najbardziej ucierpieli. Tak ciężko jest mi się kontrolować." (BTK)

"Nigdy nie wiem, kiedy ten potwór znów nawiedzi mój umysł. Może wy go powstrzymacie. Ja nie potrafię. On już wybrał kolejną ofiarę." (BTK)

Ostatnim wydarzeniem związanym z działalnością BTK był incydent z 28 kwietnia 1979 roku. Wtedy to morderca czekał na swoją kolejną ofiarę. Była nią 63-letnia kobieta. Gd jednak nie pojawiała się w domu, morderca zdenerwował się i zostawił jej wiadomość na jednym z szalików. "Ciesz się, że nie wróciłaś do domu. Ja tam byłem." Detektywi uznali, że celem napadu miała być córka tej kobiety, którą to napastnik mógł wcześniej zauważyć.

Śledztwo stało w miejscu przez kilka lat.
Nowe ślady
W 1983 roku wyznaczono dwa zespoły detektywów by na nowo przyjrzały się popełnionym zbrodniom. Rozpoczęli oni wycieczkę po kraju, zebrali ślinę i próbki krwi od ponad 200 osób, które komputer wytypował jako najbardziej podejrzane. Tylko pięć osób odmówiło oddania krwi. Gdy znano już wyniki testów, pozostała garstka 12 podejrzanych osób. W tej liczbie były też osoby, które odmówiły badań.

W lipcu 1984 roku wyłoniono zespół badaczy, których nazwano "Łowcy duchów". Mieli oni ustalić tożsamość nieznanego mordercy. Do tego celu użyto najnowszych komputerów. Po wprowadzeniu wszystkich danych, komputery zaczęły podawać listy podejrzanych.

Detektywi odkryli pewną, wcześniej niezauważoną wskazówkę. Wszystkie morderstwa miały miejsce na obszarze o średnicy ok. 3,5 mili. Oznaczało to, że morderca czuje się pewnie tylko w rejonie, który jest mu bardzo dobrze znany.

Pod koniec 1984 roku jeden z detektywów zaniósł do laboratorium firmy Xerox list BTK z 10 lutego 1978 roku. Pracownicy laboratorium ustalili, że list ten jest piątą kopią oryginału. Nic więcej nie dało się ustalić, poza tym, że ostatnią kopię wykonano na maszynie znajdującej się w bibliotece uniwersytetu stanowego Wichita.

Przy okazji badania listów, zajęto się także wierszami. Ustalono, że wiersz o pani Vian został napisany na podobieństwo innego wierszyka, który ukazał się jednym z czasopism. Po tym odkryciu ustalono listę prenumeratorów owego magazynu.

Wiersz o pani Fox, zatytułowany "Śmierć Nancy" został napisany na podstawie wiersza z podręcznika uniwersyteckiego. Ustalono, że podręcznika tego używano w kilku klasach, na kilku wykładach. Oczywiście detektywi otrzymali listę osób uczęszczających na te zajęcia.

Detektywi sprawdzili również osoby, które mieszkały w pobliżu domów, w których dokonano napadów i morderstw. Sporządzono również listę osób studiujących na uniwersytecie w latach 1974-1979. Udało się także ustalić listę ośmiu osób, które korzystały z książki, w której znaleziono jeden z listów.

Jednak najważniejsza była lokalizacja adresów podejrzanych osób. Według naukowców, sprawca mieszkał w okolicy, w której atakował.

Gdy wreszcie lista podejrzanych była w zasadzie kompletna, detektywi postanowili sprawdzić każde nazwisko. Było to 225 osób. Większość z nich już nie mieszkała w Wichita.

Ważnym śladem okazały się przebadane pozostałości nasienia sprawcy. Technicy w laboratorium ustalili, że taki rodzaj nasienia ma około 6 % mężczyzn. Policja jednak nie podała jaki typ nasienia, zasłaniając się dobrem śledztwa.
Kolejne ofiary
Podczas gdy blisko dwuletnie śledztwo nie przynosiło żadnych rezultatów, policjanci zebrali sporą garść informacji. Sprawdzili każdy dom, każdego podejrzanego mieszkańca. Brali pod uwagę fazy księżyca, przeczytali mnóstwo książek dotyczących mitologii, demonów czy czarów.

31 października 1987 roku znaleziono ciało 15-letniej Shannon Olson. Zwłoki znajdowały się w stawie, w przemysłowej części miasta. Były częściowo rozebrane. Nosiło ślady kłucia nożem. Ręce i nogi były związane. Morderstwo to poniosło za sobą mnóstwo listów wskazujących, że sprawcą morderstwa był BTK.

31 grudnia tego samego roku pojawiły się kolejne ofiary. Mary Fager wracała do domu po dwudniowym pobycie poza miastem. Zaraz po wejściu do mieszkania, Mary znalazła swojego męża Phillipa. Był martwy. Zastrzelony. Zwłoki córek znajdowały się w piwnicy domu. 16-letnia Kelli była uduszona i naga. 10-letnia Sherri również została uduszona. Jej ręce i nogi były związane czarną taśmą izolacyjną.

Wkrótce potem Mary Fager otrzymała list, w którym autor pisał, że to BTK zamordował jej rodzinę. Autor raczej nie miał nic wspólnego z morderstwami, ale na pewno był kimś w rodzaju fana BTK. Z drugiej strony, nikt nie wykluczał tego, że autorem listu mógł być sam morderca.

Policjanci zatrzymali pierwszego podejrzanego. Był to pracownik, który miał coś naprawić w domu państwa Fager. To on pierwszy odkrył ciała, słyszał też jakieś hałasy w domu. Wystraszony, natychmiast opuścił mieszkanie. Podczas przesłuchania mężczyzna ten twierdził, że ma lukę w pamięci dotyczącą tamtych wydarzeń.

Podejrzany został aresztowany pod zarzutem zamordowania trzech osób. Jednak sąd oczyścił go z wszelkich podejrzeń. W ten sposób zamknięto sprawę morderstw w domu państwa Fager. Nie było wystarczającej pewności co do winy owego zatrzymanego.
Ressler, Douglas...
W 1991 roku policjanci z grupy zajmującej się morderstwami BTK otrzymali kolejny ślad działalności mordercy. Jednak szef tej grupy, kapitan Paul Dotson nie wyjawił, co to było. "Jestem pewien, że on wciąż jest w tym społeczeństwie."

W 1997 roku we wszystkich wstąpiła nowa nadzieja, ponieważ sprawą zajął się sam Robert Ressler. Ressler stwierdził, że człowiek ten jest zapewne niedawnym absolwentem lub nawet wykładowcą na wydziale prawa WSU w Kansas. Gdy mordował, był prawdopodobnie w wieku dwudziestu kilku lat. Czytał dużo książek i gazet, w których poruszano sprawy seryjnych morderstw. Jako że od czasu ostatniego morderstwa minęło sporo czasu, możliwe ze mężczyzna ten opuścił okolice miasta Wichita, zmarł lub został zatrzymany i przebywa teraz w szpitalu psychiatrycznym lub więzieniu.

"Nauczyłem się, że gdy człowiek ma okazję, to robi dziwne, złe rzeczy. Ma ciemną stronę natury, która ukazuje się albo poprzez zniszczenie kwiatów u sąsiada, albo przez zabicie owego sąsiada." (R. Ressler)

W lutym 1998 roku, szef policji Richard LaMunyon udzielił wywiadu, w którym zaprzecza by list otrzymany przez panią Fager miał jakikolwiek związek z morderstwem Phillipa Fagera i jego córek. LaMunyon stwierdził, że prowadzone śledztwo nie pozwala na ustalenie czy list ten wysłał seryjny morderca. Detektyw zeznał również, że policja otrzymuje dziesiątki listów od ludzi, którzy twierdzą, że są BTK.

Detektywi wiedzą już, że BTK jest wybredny, wyrachowany i drobiazgowy. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że znów o nim usłyszymy.

"Tacy ludzie nie zatrzymują się dobrowolnie. Wciąż chcą zabijać." (Paul Dotson)

John Douglas, w swojej książce "Obsession" poświęcił jeden rozdział panu BTK. Zatytułował go "Motivation X". Douglas stwierdza w nim, że na ciałach ofiar nie odkryto żadnych ran, świadczących o jakimkolwiek oporze czy próbie obrony. Przyjął, że morderca używał pistoletu by zastraszyć swe ofiary. Autor zauważył również, ze listy pisane do policji były tak szczegółowe, że morderca z całą pewnością zabierał ze sobą jakieś rzeczy z miejsca zbrodni, jako pamiątki.

W listach było też dużo zwrotów typowo policyjnych. Mogło to świadczyć o tym, że morderca jest policjantem, posiada odznakę. Lub morderca czytał bardzo dużo czasopism detektywistycznych. Niewykluczone jest także to, ze morderca mógł starać się brać udział w śledztwie dotyczącym jego osoby.

Douglas twierdzi, że mordercą była osoba samotna, mężczyzna miedzy 20 a 30 rokiem życia. Mógł być wcześniej zatrzymany za włamanie, podglądanie.
Douglas uważa, że morderstwa mogły nagle ustać, ponieważ morderca został zatrzymany i przebywa obecnie w wiezieniu, szpitalu psychiatrycznym. Lub po prostu mężczyzna ten zmarł. Ewentualnie, zbliżył się tak bardzo do śledztwa, ze się tego po prostu wystraszył. Jest to możliwe, ponieważ jego pamięć, wspomnienia i pamiątki pozwalają mu zaspokajać swoją obsesję.
Profil mordercy
4 sierpnia 2000 roku poproszono doktor Deborah Schurman-Kauflin by na podstawie zgromadzonych danych sporządziła profil mordercy. Oto fragmenty:

"Ponieważ ilość informacji jaką otrzymałam była ograniczona (nie było zdjęć scen zbrodni, policyjnych sprawozdań) jest to tylko jeden z najbardziej prawdopodobnych opisów osoby posądzanej o morderstwa w latach siedemdziesiątych. Według mnie późniejsze morderstwa miały pewien związek z wcześniejszymi.

1. Samotny, biały mężczyzna, 28-30 lat.

2. Mieszkał w pobliżu pani Otero. Wystarczająco blisko by stworzyć sobie fantazje dotyczące Josephine. Mieszkał w domu, nie w mieszkaniu.

3. Wzrost powyżej 180 cm, czysty i zadbany. Włosy krótkie, ciemne ubranie.

4. Spokojny i konserwatywny w oczach tych, którzy go znają. Skromny. Myślę, że ludzie nigdy nie pomyśleliby, że jest zdolny do takich rzeczy. Jest przykładem ekstremalnej patologii - jest psychopatą.
Nie cierpiał na żadną chorobę. Nie było żadnych głosów czy demonów. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co robi.
Był, i jeśli nadal żyje, jest osobą niezmiernie smutną. Cierpi z powodu tego smutku i bólu. Jest całkowicie pochłonięty swoją osobą.
Ponieważ nie miałam dostępu do listów, nie mogę nic powiedzieć o jego pracy. Ale wydaje mi się, że nie za bardzo się do niej przykładał, była na drugim miejscu. Dla niego najważniejsze było zabijanie, i to zawsze był numer jeden. By go zaspokoić i zadowolić nie wystarczały fantazje. Musiał coś robić. Dlatego też ciężko jest mi uwierzyć w to, że w latach 1974-1977 nikogo nie zabił. Jeśli nie było wtedy morderstw w stanie Kansas to on musiał przebywać gdzieś indziej.
Mężczyzna ten wydaje się bardzo niedojrzały - gry, czasopisma, wybór dzieci na swoje ofiary. Skłania do tego także fakt, ze nie zgwałcił żadnej z ofiar. Masturbował się nad ich zwłokami, ale ich nie gwałcił.
Jednocześnie jest bardzo cierpliwy w swoich zbrodniach. Podąża swoją drogą, zabija i nadal nie jest schwytany. Jest to swego rodzaju paradoks, który zastanawia i niepokoi nawet jego samego.
Myślę, że on bardzo dużo czyta, ma bardzo dużo książek w domu. Nie kilka, czy kilkanaście, ale naprawdę dużą ilość. Prawdziwa zbrodnia, podobnie jak książki zaspokajają jego fantazje. Jest bystry i bardzo inteligentny.
Mężczyzna ten nie jest też uzależniony od alkoholu czy narkotyków. Nie ma z tym problemów. One nie prowokują tych zbrodni. Być może pije czasem alkohol, ale to nie jest powodem popełniania morderstw.

5. Najprawdopodobniej posiada samochód, czarny lub ciemny kolor. Jednak jest to osoba, która lubi spacerować po okolicy i przyglądać się ludziom, ofiarom.

6. Z powodu swojej niedojrzałości znacznie łatwiej nawiązuje stosunki z młodszymi od siebie. Nie ma przyjaciół, jedynie kilku znajomych, którzy jednak wcale go nie znają. Wszystkie jego relacje z ludźmi są powierzchowne. Nie ma też żony, a związki z kobietami są krótkotrwałe.

Nie jest to osoba, która sama przestanie zabijać. Są trzy powody, dla których może przestać:
1. śmierć
2. uwięzienie
3. choroba wykluczająca możliwość popełnienia morderstwa.

Podsumowując, jest to obsesyjny psychopata, który czerpie radość z zabijania, i sam z tego nie zrezygnuje.
Jest to wszystko, co mogę powiedzieć o tym człowieku, biorąc pod uwagę dane, które otrzymałam."

Dr. Deborah Schurman-Kauflin (prezes Instytutu do spraw Brutalnych Zbrodni (Violent Crimes Institute)


crimelibrary.com

mariksha 15-06-2008 16:45

[text] Black Robert
 
Trudne dzieciństwo
Robert Black nigdy nie poznał swoich rodziców. Urodził się 21 kwietnia 1947 roku w Grangemouth, niedaleko Edynburga. Jego matka, Jessie Hunter Black, 24-letnia panna, nie zgodziła się, by syn przyjął nazwisko ojca. Pracowała w fabryce, zarabiając marne grosze, jednak tuż po urodzeniu dziecka była zdecydowana samodzielnie je wychować. Szybko przekonała się, że to niemożliwe, ponieważ nie była w stanie zapewnić synkowi odpowiednich warunków do życia. Oddała małego Roberta do adopcji Kilkadziesiąt lat później, w wieku 40 lat Robert, tak wspomina tamtą sytuację podczas rozmowy z psychologiem Ray'em Wyre'm:

"Nie wiem, czy tą decyzję wymusili na niej jej rodzice, czy ona po prostu mnie nie chciała. Nie wiem. Wychowywała mnie przez sześć miesięcy." (Robert Black)

Po roku Jessie wyszła za mąż za Francisa Halla. Wyemigrowali do Australii, gdzie urodziła czworo dzieci. Żadnemu z nich nie powiedziała o przyrodnim bracie. Zabrała tajemnicę do grobu w 1982 roku. Oto, jak wspomina ją siostrzenica Francisa, Joyce Bonella:

"Jessie nie chciała, by ktokolwiek wiedział o jej dziecku ze stanu panieńskiego. Nawet nie wiem, czy powiedziała komukolwiek, kto był ojcem tego chłopca." (Joyce Bonella)

Po oddaniu Roberta jego matka nigdy więcej go nie widziała.

Gdy Jessie przygotowywała się do wyjścia za mąż, Robertem zaopiekowała się nowa rodzina. Jack i Margaret Tulip mieli po około 50 lat. Mieszkali w Kinlochleven, niedaleko Glencoe. Robert mieszkał tam do 11. roku życia, z czego 6 lat przeżył bez przybranego ojca - Jack Tulip zmarł, gdy przybrany syn miał 5 lat. Niestety, Robert nie ma żadnych wspomnień dotyczących Jacka ani wydarzeń z wczesnego dzieciństwa, tj. przed ukończeniem 5 roku życia. . Być może ma to związek z przykrymi doświadczeniami, których doświadczył jako noworodek. Amnezję mógł też spowodować jakiś fizyczny lub psychiczny uraz doznany ze strony nowego ojca - Jacka.

Sąsiedzi wspominają Roberta jako ciągle posiniaczonego chłopca, jednak sam Robert nie potrafi przypomnieć sobie źródła urazów. Nie pamięta żadnego agresywnego zachowania ze strony Jacka. Czasem, gdy syn był niegrzeczny, Margaret zamykała go na klucz w jego pokoju lub zdejmowała mu spodnie i majtki, a potem biła pasem. Chłopca straszono też, że w nocy pod jego łóżkiem czai się potwór, który tylko czeka, by go złapać. Być może miało to wpływ na koszmary dręczące Roberta , w których pojawiał się wielki włochaty potwór, mieszkający w piwnicy pełnej wody. Po takich snach chłopiec budził się w w zasikanej piżamie, a to powodowało kolejne kary i bicie.

W szkole znany był jako "śmierdzący Robbie Tulip" - agresywny i nie mający przyjaciół chłopiec. Jego kolega, Colin McDougall wspomina go jako samotnika z tendencjami do znęcania się nad innymi, dlatego też Robert prawie nigdy nie bawił się z rówieśnikami. Wolał towarzystwo młodszych kolegów, nad którymi łatwiej mógł zapanować.

"Mieliśmy z kolegami gang. Ale Robert wolał mieć swój. W jego gangu zawsze byli chłopcy młodsi od nas o kilka lat." (Colin McDougall)

Inny kolega, Jimmy Minners wspomina pewną sytuację, w której Robert pobił kalekiego chłopca.

"Dał temu chłopakowi niezły wycisk. Zaatakował na mostku, gdy tamten szedł do szkoły. Robert uderzył go pięścią, a potem kopał bez żadnego powodu." (Jimmy Minners)

Nagła, dziwna gwałtowność skierowana przeciw młodszym chłopcom była typowym zachowaniem młodego Roberta Blacka.
Narastająca złość
Z roku na rok Robert stawał się coraz bardziej agresywny. Nie respektował żadnych autorytetów, choć dopóki mieszkał z panią Tulip, nie wpakował się w poważne kłopoty. Co prawda, często bił się z chłopcami, znęcał nad młodszymi kolegami, ale wszystko kończyło się tylko naganami i upomnieniami. Robert bardzo wcześnie rozpoczął eksperymenty z własną seksualnością. Po wielu latach wciąż pamięta, jak w wieku 8 lat rozpoczął doświadczenia polegające na wkładaniu w odbyt różnych przedmiotów. Używał do tego różnych rzeczy. Na początku były to jakieś metalowe przedmioty, ale potem jego fantazja rozkwitła W 1990 roku policjanci znaleźli zdjęcia Roberta przedstawiające owe odrażające praktyki z, m.in. nogą od stołu, słuchawką telefoniczną, butelką po winie. Policjantom wytłumaczył, że chciał sprawdzić, jak głęboko może te rzeczy włożyć w siebie . Mężczyzna pamięta też doskonale o innej fascynacji - wypróżnianiu się na dłonie i smarowaniu swojego ciała kałem. . Do tych praktyk dochodziła chęć bycia kobietą, którą odczuwał �od zawsze�. Jednak jego zachowanie nie miało w sobie kobiecości i miękkości. Robert po prostu nienawidził swojego penisa i zamiast niego wolałby mieć pochwę.
Pragnienie bycia kobietą nie łączyło się jednak z fantazjami homoseksualnymi. Pierwsze doświadczenia z płcią przeciwną zdobył mając 5 lat. Wówczas razem z jakąś dziewczynką rozebrali się i oglądali swoje tajemnicze miejsca. W wieku 7 lat, gdy uczęszczał do szkoły tańca, znacznie bardziej interesowało go zaglądanie dziewczętom pod spódnice niż nauka kroków. Mając osiem, opiekował się córeczką sąsiadki. Rozebrał dziecko i przyglądał się jej pochwie. Od tej pory te części ciała obsesyjnie interesowały Roberta. Bardzo często zastanawiał się, co mógłby odkryć wewnątrz tych otworów. Można tym wytłumaczyć jego praktyki z odkrywaniem zawartości i możliwości swojego odbytu. Dla osoby, która nigdy nie znała swoich rodziców, nigdy nie miała styczności ze swoją prawdziwą matką, odkrycie tej tajemnicy mogło mieć ogromne znaczenie. Robertowi odbyt kojarzył z czymś brudnym, czymś, co służy do wydalania nieczystości. Ta fascynacja wpłynęła na całe jego życie. Było ono "brudne" i "cuchnące" tak jak to, co było wydalane przez odbyt. Tłumaczy to także ogromne zainteresowanie owymi "brudnymi" częściami ciała w dorosłym życiu Roberta Blacka.
Dom poprawczy
Margaret Tulip zmarła w 1958 roku. Była to najgorsza rzecz, jaka mogła spotkać Roberta. W wieku 11 lat ponownie stracił matkę. Mimo że znalazła się para, która chciała się nim zaopiekować, skierowano go do domu dziecka niedaleko Falkirk. To właśnie tam wciąż rosnące zainteresowanie pochwą pchnęło chłopca do pierwszej zbrodni. Fascynacja tajemnicą narodzin, tym co może nosić w sobie pochwa, została rozbudzona po stracie przybranej matki. W wieku 12 lat Robert dokonał pierwszej nieudanej próby gwałtu. Tak wspomina tamto wydarzenie:

"Razem z dwoma innymi chłopcami zaprowadziliśmy pewna dziewczynę na pole. Tam zdjęliśmy jej majtki, podciągnęliśmy spódnicę i próbowaliśmy włożyć penisa do pochwy."

Gdy im się to nie udawało, zadowolili się samym dotykaniem intymnych części ciała dziewczyny. Kiedy Wyre spytał Blacka, czy działo się to za jej zgodą , odparł:

"Zmusiłem ją do tego, wiesz jak."

Po tym incydencie postanowiono przenieść młodzieńca do innego zakładu, znacznie lepiej pilnowanego, w którym przebywali sami chłopcy. Robert wylądował w Red House, w Musselburgh. Przebywał tutaj jako brutal i potencjalny gwałciciel. Wszystko wokół niego się zmieniło. Przez rok, może dwa był wykorzystywany seksualnie przez pracownika zakładu. Gdy jakiś wychowanek opuszczał zakład, musiał znaleźć kolejną osobę, która zaspokajałaby pedofila. Właśnie tak zarekomendowano Roberta Blacka. Oto jak wspomina tamte wydarzenia podczas rozmowy z Ray'em Wyre'm:

"Wsadził mi swojego penisa do ust, potem go dotykał... Raz próbował odbyć ze mną stosunek, jednak nie mógł osiągnąć erekcji."

Robert jeszcze zanim trafił do tego zakładu, utożsamiał seks z dominacją i podporządkowaniem. Teraz to przekonanie tylko uległo wzmocnieniu. Sam będąc ofiarą przekonał się, co czuje ofiara i agresor. Doszedł do wniosku, że powinien zaspokajać swoje potrzeby, nie zważając na uczucia osoby wykorzystywanej.
W tym samym czasie rozpoczął naukę w szkole średniej. Był dobrym uczniem, choć najbardziej pochłaniało go uprawianie sportów, zwłaszcza football amerykański, pływanie i atletyka. Zainteresowanie pływaniem rozwijał również później. W wieku 20 lat pracował jako ratownik na basenie. Dzięki wykonywanemu zajęciu zaspokajał swoje pedofilskie skłonności.
Będąc wychowankiem zakładu Red House, często bywał w niedalekim Portobello. Znajdowały się tam dwa duże baseny, na których doskonalił swoje umiejętności pływackie.
Tam też, po 20 latach, mała dziewczynka, Caroline Hogg, została uprowadzona, a później zamordowana. Dom Caroline znajdował się niedaleko obu basenów.
Pierwsza praca
W lecie 1962 roku dzięki pomocy lokalnych władz Robert dostał pracę chłopca na posyłki. Opuścił zakład Red House. Miał wtedy 15 lat. Wynajął pokój w Greenock, na obrzeżach Glasgow. Przyznaje się, ze w tym czasie molestował około 30-40 dziewczynek. Oto co powiedział na ten temat Ray'owi Wyre'owi:

"Czasem spotykałem dziewczynki w mieszkaniach, do których miałem coś dostarczyć. Siadałem, rozmawiałem z nimi kilka minut. Potem zaczynałem je dotykać. Czasami się udawało, czasami nie."

Żadne tego typu zachowanie nie zostało oficjalnie zgłoszone aż do momentu próby gwałtu, a nawet morderstwa pewnej dziewczyny. Robert miał wtedy 17 lat. Ta dziewczyna byłą od niego siedem lat starsza. Poznał ją w parku. Zapytał, czy nie chciałaby zobaczyć z nim kilku kotków. Dziewczyna zgodziła się. Zaprowadził ją do opustoszałego budynku.

"Wprowadziłem ją do środka, przewróciłem i zacisnąłem ręce na jej gardle. Chyba ją troszkę przydusiłem, była nieprzytomna. Gdy się uspokoiła, zdjąłem jej majtki, rozwarłem nogi. Jej pochwa była teraz rozwarta. Wsadziłem w nią palec." (Robert Black)

Gdy dziewczyna leżała na ziemi, Robert masturbował się nad nią. Wcale nie przeszkadzało mu to, że jest nieprzytomna. Wręcz przeciwnie. Kiedy skończył, zostawił ją w budynku.. Nie zastanawiał się, czy dziewczyna jest martwa. Żyła jednak i zdołała dotrzeć do ludzi. Znaleziono ją potem na ulicy krwawiącą, płaczącą i pełną wstydu.
Sprawa trafiła do sądu. Werdykt był zdumiewający. Robert został tylko upomniany. Psychiatrzy orzekli, że ten czyn jako pierwszy i jedyny, nie ma najmniejszego wpływu na zdrowie psychiczne podejrzanego. Niedługo potem Robert znów spróbował zgwałcić kolejną dziewczynę. Jedna z jego ofiar zmarła na skutek doznanych obrażeń. Molestował też kolejne dziewczęta. Bezkarnie.
Inne służby uznały wspomnianą próbę morderstwa za coś znacznie groźniejszego niż wskazywałby raport psychiatrów. Robert został przeniesiony do Grangemouth, gdzie miał zacząć nowe życie. Dostał pracę na budowie. W tym mieście poznał swoją pierwszą i jedyną prawdziwą dziewczynę, Pamelę Hodgson. Bardzo zaangażował się w ten związek. Nawet po latach pamiętał, jak wielkim wstrząsem dla niego był list od Pameli, w którym poinformowała go o końcu ich znajomości. Prawdopodobnie Pamela usłyszała plotki o Robercie i jego dziwnych praktykach seksualnych. Jednak bardziej prawdopodobne wydaje się to, że sama zaczęła ich doświadczać. Gdy w 1992 roku Robert stanął przed sądem oskarżony o morderstwo trzech małych dziewczynek, zeznając starał się oczyścić Pamelę z jakichkolwiek podejrzeń.

"Powiedzcie Pameli, że to nie jej wina. Ona nie ma z tym nic wspólnego."

W ten sposób Robert dawał do zrozumienia, jak bardzo zdruzgotało go rozstanie z Pamelą, a w konsekwencji �zmusiło� do morderstw.
Musiał opuścić Grangemouth, mimo że dzięki związkowi z Pamelą nie molestował żadnych dziewczynek � tak przynajmniej twierdzi on sam. Jednak jego fascynacja małymi dziewczynkami i ich pochwami była zbyt silna, aby w ogóle zaprzestał swoich praktyk. W 1966 roku kolejną ofiarą Roberta padła 9-letnia wnuczka właścicieli domu, w którym mężczyzna wynajmował pokój. Wszystko potoczyło się według znanego schematu � rozmowa, bliski kontakt, a w końcu Robert wsadził palce w pochwę dziewczynki. Jej rodzice dowiedzieli się o wszystkim, jednak nie wezwali policji. Uznali, że dziewczynka przeszła zbyt wiele. Robert musiał za to opuścić mieszkanie.
Sława
W małych miasteczkach plotki szybko się roznoszą, toteż Robert stracił pracę. Wrócił do Kinlochleven - miejsca, w którym się wychowywał. Wynajął pokój u państwa, którzy mieli 7-letnią córkę. Wszystko potoczyło się tak samo. Po pewnym czasie sprośne zachowanie mężczyzny wyszło na światło dzienne. Teraz nie miał już tyle szczęścia co w Grangemouth. Rodzice dziewczynki wezwali policję. W 1967 roku Robert Blackzostał skazany na rok pobytu w zakładzie poprawczym w Polmont, niedaleko Grangemouth.
Kiedy opuścił ten zakład, był już dość znany policji w Szkocji. Postanowił wyruszyć na południe - do Londynu. Tam unikał jakichkolwiek zachowań niezgodnych z prawem, jednak jego obsesja na punkcie młodych dziewcząt wciąż rosła, karmiona dodatkowo pismami pornograficznymi. W latach siedemdziesiątych odkrył wiele trudno dostępnych tytułów. Większość z nich pochodziła z Amsterdamu, gdzie prawo było dość łagodne. Gdy 20 lat później policja przeszukała pokój Roberta, znaleziono setki magazynów zawierających głównie pornografię dziecięcą oraz kilka taśm z filmami porno. Gdy Ray Wyre spytał go, co myśli o wieku tych dziewcząt, odparł:

"Ktoś kiedyś powiedział mi bardzo mądrą rzecz. To moje motto - gdy są wystarczająco duże, są wystarczająco dorosłe."

Zaraz po przybyciu do Londynu Robert mieszkał w najtańszych hotelach. Zajmował się wszystkim, co przynosiło mu jakikolwiek dochód. Jego ulubionym zajęciem była praca na basenie. Uwielbiał przyglądać się małym pływającym dziewczynkom. W nocy włamywał się na teren basenu i pływał. Często w tym samym czasie wsadzał sobie w odbyt kij od szczotki. Na basenie nie popracował jednak długo � pewna dziewczyna oskarżyła go o próbę molestowania. Do skazania nie doszło, skończyło się wypowiedzeniem.
Robert, gdy nie pracował, uwielbiał grać w rzutki, co szło mu wcale nieźle. Większość pieniędzy wydawał w barach, nie na alkohol, lecz na różne gry, czasem wykonywał też jakieś słabo płatne prace. Mimo częstego przebywania wśród ludzi nikogo nie poznał, był samotnikiem. Oto jak wspomina go właściciel pewnego baru, Michael Collier:

"Prze cały ten czas często bywał w moim barze, jednak nigdy nie nazwałbym go kolegą. Często grał w rzutki lub stał przy automatach do gry. Był dziwnym typem, często jego zachowanie irytowało innych gości, zwłaszcza kobiety. Nigdy nie mówił o sobie, o swoich zainteresowaniach, nigdy nie przyłączał się do żadnej rozmowy."

Były mistrz świata w rzutkach Eric Bristow poznał Roberta na jakimś amatorskim turnieju:

"Robert był samotnikiem. Nigdy nie widziano go w towarzystwie kobiety. Nie był tego typu facetem. On po prostu regularnie przychodził do baru i grał w rzutki."

Eddiego i Kathy Rayson poznał w pubie, w Stamford Hill w 1972 roku. Zaczęli z nim rozmowę, podczas której Robert przyznał, że szuka miejsca do mieszkania. Państwo Rayson mieli wolny pokój na poddaszu i postanowili udostępnić go nowemu znajomemu. Eddie na początku nie był tym pomysłem zachwycony, ale Kathy uznała Roberta za "dużego mięczaka", a więc kogoś zupełnie nieszkodliwego, komu można pomóc. Wkrótce cała rodzina Raysonów polubiła Roberta. Zawsze płacił czynsz w terminie, wspólnie jadali obiady. Były też okresy, gdy widywali się rzadko. Robert traktował Eddiego jak kogoś w rodzaju ojca, chociaż nigdy nie rozmawiał z nim na temat swojej przeszłości ani nie opowiadał o sobie., Syn państwa Rayson, Paul, tak wspomina Roberta:

"Był trochę dziwny. Gdy dorastaliśmy, przezywaliśmy go "śmierdzący Bob". Ale jako lokator był idealny. W zasadzie był kimś więcej niż tylko lokatorem, ale przyjacielem bym go nie nazwał. Nie był typem osoby, z którą chce się być blisko.�

Robert pasjonował się fotografowaniem i czasem nazywano go David Bailey. Jedną z jego ulubionych rozrywek były spacery na plażę lub plac zabaw, gdzie bawiły się gromady dzieci. Nagrywał je na wideo lub robił im zdjęcia.
W 1976 roku Robert podjął pracę kierowcy w firmie PDS. Miał dostarczać przesyłki na terenie Anglii i Szkocji. Była to dla niego wymarzona praca. Jako człowiek nie radzący sobie w życiu, samotnik, doskonale czuł się za kierownicą. Pracował tam przez następne 10 lat. Zwolniono go, ponieważ Robert często powodował drobne stłuczki i firma wydawała znaczne kwoty na ubezpieczenia. Po pewnym czasie firmę kupili dwaj dawni pracownicy i Robert znów został zatrudniony. Był bardzo dobrym i lubianym pracownikiem. Często brał długie trasy za kolegów, którzy woleli ten czas spędzać ze swoimi rodzinami. W czasie tych służbowych podróży Robert często robił sobie przerwę, aby odwiedzić Paula i jego rodzinę.
W bagażniku samochodu woził różne dziwne rzeczy, które służyły mu do masturbacji. Wkładał je sobie w odbyt fantazjując o małych dziewczynkach. Często w nocy przebierał się w dziewczęcy kostium kąpielowy, co również kończyło się masturbacją. Podczas rozmowy z Wyre'm Robert wspomina pewną 7-letnią dziewczynkę. Zabił ją kilkanaście lat wcześniej. Często wracał do miejsca, w którym ją zostawił. W końcu fantazje nie wystarczały. Pierwsze morderstwo nigdy w pełni nie zaspokaja, zawsze trzeba zrobić to drugi, trzeci i następny raz.
Przypadek Roberta Blacka to kolejny, klasyczny efekt zaniedbań z okresu dzieciństwa. Nigdy nie miał ojca, w bardzo młodym wieku stracił najpierw matkę rodzoną, potem przybraną. Czuł się odrzucony, niekochany. Ciągle zmieniał miejsce zamieszkania. Wszystko to tłumaczy jego późniejsze zachowania i fascynacje.
Morderstwa
Było gorące lipcowe popołudnie 1982 roku. 11-letnia Susan Maxwell prosiła swoją matkę Liz, by pozwoliła jej pojechać rowerem na boisko do tenisa. Miała się tam bawić z przyjaciółką Alison Raeburn. Liz obawiała się dużego ruchu ulicznego, dlatego zamiast jazdy rowerem pozwoliła córce pójść pieszo. Susan jeszcze nigdzie nie była sama. Państwo Maxwell mieszkali w Coldstream, małej angielskiej wiosce tuż przy granicy ze Szkocją. Boisko do tenisa znajdowało się po stronie angielskiej, około 2 mil od domu Susan. Wszyscy w okolicy znali się przynajmniej z widzenia, zwracali uwagę na obcych i małe dzieci.

Gdy minęły cztery godziny odkąd Susan wyszła z domu, Liz zdecydowała się wyjść na spotkanie córce. Pomyślała, że po grze w tenisa Susan będzie bardzo zmęczona i przyda się jej pomoc. Jednak nigdzie nie było śladu dziewczynki. Liz zadzwoniła do matki Alison, jednak jej córka rozstała się z koleżanką w drodze do domu. Po pewnym czasie pan Fordyce, ojciec Susan, powiadomił policję o zniknięciu córki.
Funkcjonariusze szybko zebrali pierwsze informacje. Dużo ludzi widziało Susan tego popołudnia. Byli to zarówno znajomi, jak i obcy, którzy pamiętali małą dziewczynkę ubraną na żółto, z rakietą tenisową w ręku. Ostatni raz widziano ją na mostku, jakiś jard od granicy. Przechodziła tamtędy z kilkoma osobami, jedna nikt nie wie, co się z nią stało później. Nikt nie zauważył momentu jej zniknięcia.
Trzeciego dnia po zniknięcia Susan policjanci zaczęli przeszukiwać okolicę. Do pomocy zgłosiło się ponad 2/3 mieszkańców Coldstream. Jednak nie znaleziono żadnego śladu. Rodzice dziewczynki ciągle prosili o pomoc w okolicznych mediach. Po około dwóch tygodniach, 13 sierpnia Liz i Fordyce wystąpili w audycji radiowej. Apelowali o jakiekolwiek informacje na temat zaginionej córki. Gdy wrócili do domu, czekający policjanci poinformowali ich o znalezieniu małej dziewczynki. Dokładniej - o znalezieniu ciała małej dziewczynki.
Człowiekiem, który trafił na zwłoki Susan, był Arthur Meadows. Leżały w rowie, obok parkingu przy drodze A 518 prowadzącej do Loxley, 250 mil od miejsca zniknięcia Susan. Rodzice dziewczynki chcieli zobaczyć ciało, lecz policjanci nie zgodzili się na to. Ostatnie dwa tygodnie były bardzo upalne, więc zwłoki szybko uległo rozkładowi. Zidentyfikowano je tylko na podstawie uzębienia. Patolodzy sądowi nie byli w stanie określić przyczyny zgonu. Jedyną wskazówką były zdjęte majteczki Susan � sugerowały .morderstwo na tle seksualnym, jednak nigdy nie było to oficjalnie stwierdzone. Skoncentrowano się na odnalezieniu mordercy. Jeszcze raz przesłuchano osoby, które widziały dziewczynki podczas jej pierwszej i ostatniej pieszej wycieczki. Wszędzie rozwieszano zdjęcia Susan, rozmawianoz ludźmii mieszkającymi niedaleko miejsca odnalezienia zwłok. Zebrano zeznania kierowców z okolicznych firm transportowych i wydawało się, że trafiono na jakiś trop. Niejaki Mark Ball przypomniał sobie, że widział małą dziewczynkę podobną do Susan. Siedziała w brązowym samochodzie marki Triumph 2000. Zeznania Marka odrzucono jednak po bezowocnym przesłuchaniu 19 tysięcy kierowców takich samochodów.
Po upływie roku śledztwo było bliskie zamknięcia z powodu braku jakichkolwiek śladów. Policja znalazła się w ślepej uliczce. Dopiero kolejne morderstwo rzuciło nieco światła na sprawę Susan Maxwell...

8 lipca 1983 roku, Portobello. Ten dzień przyniósł mnóstwo wrażeń 5-letniej Caroline Hogg. Była na przyjęciu urodzinowym u swojej przyjaciółki i odwiedziła ją babcia. Po domowym obiedzie, dziewczynka i jej mama Annete odprowadziły babcię na przystanek autobusowy. Wróciły do domu około siódmej wieczorem. Caroline uprosiła jeszcze matkę, by pozwoliła jej pobawić się na pobliskim placu zabaw. Annette zgodziła się na kilka minut zabawy. W Portobello, podobnie jak w Coldstream, wszyscy wszystkich znali, więc małej nie mogło przytrafić się nic złego, poza tym już niejednokrotnie przebywała na dworze letnimi wieczorami. Córka wiedziała, że nie wolno jej rozmawiać z obcymi ludźmi ani wchodzić do parku i do wesołego miasteczka.
O 19:15 Annette wysłała syna, Stuarta, by przyprowadził nieco spóźnioną Caroline. Jednak Stuart nigdzie nie znalazł siostry. Wtedy na poszukiwania wyruszyła cała rodzina, również bez rezultatu. Zawiadomiono policję. Okazało się, że wiele osób widziało Caroline, niektórzy nawet w towarzystwie jakiegoś mężczyzny, który podobno obserwował dziewczynkę na placu zabaw. Widziano ich później w wesołym miasteczku, które opuścili trzymając się za ręce. Nikt nie wiedział, gdzie pojechali potem. Tak jak rok wcześniej, policja szybko zorganizowała poszukiwania. Ponad 600 osób przeczesywało okolicę, po tygodniu ich liczba wzrosła do 2 tysięcy. Były to największe poszukiwania, jakie kiedykolwiek miały miejsce w Szkocji. Nie przyniosły jednak spodziewanego efektu. Państwo Hogg wystąpili więc w telewizji. John Hogg błagał porywacza, by oddał mu córkę. Annette płakała.

cd->

mariksha 15-06-2008 16:45

Ciało dziewczynki znaleziono 18 lipca. Tak samo jak Susan, Caroline została wywieziona wiele mil na południe. Leżało niedaleko parkingu przy drodze A 444, prowadzącej z Northampton do Coventry, około 300 mil od miejsca, w którym ostatni raz widziano dziewczynkę żywą i 24 mile od miejsca, w którym znaleziono ciało Susan. Tak jak poprzednio, nie ustalono przyczyny śmierci z powodu upałów, które bardzo przyspieszyły rozkład zwłok. Ciało zidentyfikowano po chustce na włosach i medalioniku. Tym razem motyw zbrodni odkryto od razu: Caroline była kompletnie naga.
Ze względu na podobieństwo obu zbrodni, w śledztwie wzięli udział policjanci z czterech okręgów. Przy sprawie morderstwa Caroline Hogg po raz pierwszy posługiwano się komputerami � gromadzono w nich wszystkie notatki i akta Dokumenty dotyczące morderstwa Susan pozostały na papierze. Szukano seryjnego mordercy. Robert Black zyskał przydomek - 'rozpruwacz z Yorkshire'.
Przesłuchiwano świadków z Portobello, ustalano numery rejestracyjne wszystkich pojazdów podróżujących trasą A 444. Lokalne władze poproszono o nadsyłanie list podejrzanych osób. Domy ludzi przebywających nocą w okolicach parku i wesołego miasteczka gruntownie przeszukano. W końcu udało się znaleźć ważnych świadków. Państwo Flynn widzieli pewnego podejrzanego mężczyznę siedzącego z małą dziewczynką w błękitnym Fordzie Cortina. Przesłuchano 20 tysięcy kierowców posiadających takie samochód, ale niczego nie znaleziono.
Na początku 1984 roku policja była znów w martwym punkcie. Zebrano ogromne ilości informacji, jednak żadna z nich nie pomogła w odnalezieniu sprawcy tych zagadkowych morderstw.
Minęły 3 lata. 26 marca 1986 roku 10-letnia Sarah Harper stała się kolejną ofiarą 'rozpruwacza z Yorkshire'. Sarah mieszkała w Morley, miejscowości położonej bardziej na południu niż rodzinne strony dwóch poprzednich ofiar. Około godziny dwudziestej, Jacki, matka Sary, poprosiła ją, by kupiła bochenek chleba w sklepie na rogu ulicy, niedaleko domu państwa Harper. Sprzedawca doskonale pamięta, że Sarah kupowała u niego chleb i kilka innych rzeczy. Wyszła ze sklepu około 20:05. Dwie dziewczynki dostrzegły, jak alejką na skróty wraca do domu. Więcej jej nie widziano.
Jacki zaczynała się niepokoić. Sary nie było już blisko 20 minut. Pomyślała, że córka zatrzymała się gdzieś po drodze i posłała po nią drugą córkę, Claire. Jednak Claire nie znalazła siostry. Około 21 zawiadomiono policję. Rozpoczęto trwające kilka tygodni poszukiwania.

19 kwietnia David Moult spacerował z psem nad rzeką Trent w Nottingham.

"Zobaczyłem, że w rzece coś płynie. Myślałem, że to jakiś śmieć, jednak gdy przyjrzałem się lepiej zobaczyłem ciało."

David przyciągnął zwłoki do brzegu i zawiadomił policję. Lekarze sądowi ustalili, że to zwłoki Sary Harper oraz że dziewczynka żyła, gdy wrzucano ją do rzeki. Podczas badania odkryto ślady strasznego okrucieństwa - pochwa i odbyt zostały bardzo brutalnie spenetrowane.
Ciało Sary zidentyfikował Terry Harper, ojciec dziewczynki, były mąż Jackie.

"To było gorsze niż się spodziewałem."

Hector Clark, oficer odpowiedzialny za śledztwo w tej sprawie, początkowo nie brał pod uwagę związku z poprzednimi morderstwami. Pozornie zbyt mocno się różniły. Susan i Caroline zostały uprowadzone w gorące lipcowe dni, miały na sobie lekkie ubrania. Sarah natomiast zniknęła w marcu, ubrana w zimowy skafander. Miasteczka Coldstream i Portobello są położone przy drogach przejazdowych. W tego typu miejscowościach często się bywa, przejeżdżając przez nie. Natomiast Morley to zupełnie inny typ miasteczka. Wszystko to sugerowało, że morderstwo popełnił ktoś inny, mieszkający w pobliżu i znający okolicę.
Jednak z drugiej strony trudno pominąć podobieństwa. Ofiarami były małe dziewczynki, uprowadzone i wykorzystane seksualnie. Ciała znaleziono w tej samej okolicy. Sarah przed śmiercią cierpiała bardziej niż poprzednie dziewczynki. Seryjni mordercy, którzy zabijają, by zaspokoić swoje pragnienia seksualne, przeważnie z każdą kolejną zbrodnią stają się coraz bardziej okrutni. Potrzeba nowych doznań wiąże się ze zwiększoną brutalnością.
Policja dysponowała wielką komputerową bazą danych - HOLMES. Znajdowało się w niej wszystko, co było potrzebne do sprawnego przeprowadzenia śledztwa - nazwiska podejrzanych, numery rejestracyjne ich pojazdów, adresy itp. . Dzięki temu łatwiej było je porównać i sprawdzić. Zaawansowana technika nie pomogła jednak w ustaleniu nowych faktów.
Osiem miesięcy po morderstwie Sary zdecydowano się połączyć wszystkie trzy sprawy w jedną. Było to zadanie bardzo czasochłonne. Akta ze sprawy Maxwell liczyły ok. 500 tysięcy odręcznie sporządzonych notatek i nigdy nie były komputerowo archiwizowane. Cały proces trwał 3 lata. W 1990 roku wszystko znajdowało się już w komputerowej bazie danych, gotowe do wykorzystania. Najlepsza okazją ku temu byłby jednak kolejny atak mordercy. Policjanci chcieli złapać zbrodniarza przy próbie uprowadzenia kolejnej dziewczynki � zanim wyrządzi jej krzywdę.
Porwanie i wyrok
14 lipca 1990 roku w miejscowości Stow zniknęła następna ofiara. Sześcioletnia Mandy Wilson wyszła z domu do koleżanki. Gdy szła ulicą, David Herkes, jeden z jej sąsiadów, kosząc trawnik, zauważył, że obok dziewczynki zatrzymuje się samochód, a drzwi od strony pasażera otwierają się.

"Zdążyłem zauważyć, jak stała z jakimś mężczyzną. Następnie mężczyzna poruszał się tak jakby chciał coś wepchnąć do auta. Wsiadł do samochodu i szybko zawrócił w stronę Edynburga."

David zapamiętał numery rejestracyjne auta i szybko zawiadomił policję. Po chwili przyjechały radiowozy. Funkcjonariusze przez krótkofalówki podali dokładny opis poszukiwanego samochodu.

"Stałem i rozmawiałem z policjantem i ojcem dziewczynki. Opisywałem całe zdarzenie. Nagle zobaczyłem ten samochód. Policjant wybiegł na drogę, aby go zatrzymać. Kierowca wykonał gwałtowny skręt zanim stanął." - wspomina David.

Oficerowie zatrzymali kierowcę, który przedstawił się jako Robert Black. Oto jak wspomina tamten moment pan Wilson, ojciec Mandy:

"Krzyczałem do Blacka: 'To moja córka, co jej zrobiłeś, ty draniu!'. Ale on wcale nie reagował, nie wywarło to na nim żadnego wrażenia. Mógłbym go wtedy udusić, ale nie to wtedy mnie interesowało najbardziej. Gdzie moja córka, gdzie ona jest? Czy jest żywa, czy może już martwa? Podbiegłem do samochodu, za siedzeniem w stercie szmat wyczułem ciało. Nie potrafię opisać tego co czułem, gdy rozwijałem te szmaty. Zobaczyłem jej czerwoną twarz. Była rozgrzana i brakowało jej powietrza. Była bardzo przerażona. Nie mogła nic powiedzieć nawet, gdy zerwałem jej taśmę zakrywającą usta."

Zanim Robert zaczął dobierać się do niej, związał Mandy, zakleił jej usta taśmą i zawinął w szmaty.

"Zdjąłem jej majtki i zacząłem się przyglądać. Wyobraziłem sobie, że zanurzym palce w jej pochwie. Kiedy dojechalibyśmy do Galashiels, prawdopodobnie rozebrałbym ją od pasa w dół. Rozwiązałbym ją i zdjął plaster z ust. Gdyby zaczęła krzyczeć, uciszyłbym ją z powrotem." (Robert Black)

"Wkładałby jej różne rzeczy do pochwy, by przekonać się jak jest duża. Wkładałby też palce i penisa. Kiedy powiedziałem, by podał przykład jakiegoś przedmiotu, który włożyłby do pochwy, wskazał na pióro, którym spisywałem jego zeznanie." (Wyre)

Gdy Wyre spytał Roberta jak mógłby zrobić coś tak okropnego tej małej dziewczynce, przy jednoczesnej deklaracji, że kocha dzieci, Robert odpowiedział:

"Wcale o niej nie myślałem. Wiesz, nie zastanawiałem się, co ona musi przeżywać. Jeśli by umarła, byłby to czysty przypadek."

Sytuacja, w której mała dziewczynka staje się tylko przedmiotem, często ma miejsce w przypadku seryjnych morderców. Robertowi nie chodziło o sadyzm, o przyjemność czerpaną z zadawania cierpienia innym. Dla niego dziecko było zabawką, przedmiotem eksperymentów. Właśnie to sprawiało, że mężczyzna nie zważał na sprzeciw ofiary lub jego brak.
Robert przyznał się oficerom, którzy wieźli go do Selkirk, że uprowadzenia były spowodowane rządzą krwi.

"Zawsze lubiłem małe dziewczynki. Nawet jako dziecko." (R. Black)

Powiedział też, że chciał spędzić z nią trochę czasu, może w Blackpool. Potem puściłby ją wolno.

Proces rozpoczął się 10 sierpnia 1990 roku. Robert Black mógł przyznać się do winy, aby złagodzić wymiar kary. Oskarżenie musiało udowodnić, że dziewczynka przetrzymywana w tych warunkach umarłaby w przeciągu godziny. W opinii lekarzy oskarżony jest i będzie niebezpieczeństwem dla dzieci.
Zadaniem obrony było maksymalne złagodzenie kary. W mowie końcowej adwokat Roberta, Herbert Kerrigan, podkreślił, że Black interesował się małymi dziewczynkami, jednak nigdy wcześniej żadnej z nich nie zaatakował. Zrobił to po raz pierwszy. Chciał tylko spędzić z Mandy trochę czasu. Nie miał zamiaru robić jej krzywdy, a już na pewno nie chciał jej zabić. Ponadto Robert doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jest zagrożeniem. Chciał wziąć udział w jakimś programie, który pomógłby mu uporać się ze swoimi skłonnościami.
Sąd odrzucił argumenty obrony . Uznał, że wszystko było dokładne zaplanowane. Nie była to więc tylko żądza krwi. Robert Black został skazany na dożywocie. Jakiekolwiek odwołania i wnioski o wcześniejsze zwolnienie nie będą przyjmowane dopóki nie będzie pewności co do tego, że nie jest już niebezpieczny.
Wciąż podejrzany
Po uprowadzeniu Mandy Smith, Robert Black stał się pierwszym podejrzanym w poprzednich sprawach. Oto jak wspomina pierwsze spotkanie z Robertem Hector Clark, funkcjonariusz prowadzący śledztwo:

"Powoli podniósł na mnie wzrok. Instynktownie poczułem, że to ten facet. Od samego początku byłem tego pewien. Wszystko mi o tym mówiło, nawet jego zapach. Poza tym że był łysy, wyglądał dokładnie tak jak go sobie wyobrażałem." (Hector Clark)

Jednak przeczucia i instynkt nie wystarczają, by schwytać mordercę. Policjanci spędzają bardzo dużo czasu na analizowaniu zachowań morderców. Po pewnym czasie dochodzą do wniosku, że znają już potencjalnego mordercę, wiedzą jak się zachowuje. Wiedzą także jak będzie wyglądał. George Oldfield, szef grupy zajmującej się sprawą �rozpruwacza z Yorkshire� często mówił, że gdyby znalazł się w pokoju pełnym osób, wśród których byłby morderca, rozpoznałby go bez problemu. Jednak okazuje się, że nie jest to takie proste. Inny morderca, Peter Sutcliffe był przesłuchiwany dziewięć razy w czasie śledztwa trwającego pięć lat. Nikt go instynktownie nie rozpoznał.
Detektywi postanowili porozmawiać z Robertem. Rozpoczął już odsiadywanie dożywotniego wyroku, więc była szansa, że zacznie mówić o innych przestępstwach. Mężczyzna bardzo poważnie potraktował te rozmowy. Opowiadał szczerze o tym, czego dokonał. Dokładnie opisał jedyny dłuższy i prawdziwy związek z kobietą, podzielił się również zainteresowaniem małymi dziewczynkami. Wspominał, że był molestowany jako dziecko, szczegółowo opisywał swoje dziwne przygody z masturbacją. Gdy funkcjonariusze pytali o jego pracę w przedsiębiorstwie transportowym, nie odpowiadał. Nie odpowiadał także na pytania dotyczące tego, co robił w dniu uprowadzenia Caroline Hogg. Kiedy tylko rozmowa schodziła na temat morderstw trzech małych dziewczynek, Robert Black po prostu milczał.
A policjanci musieli znaleźć niezbite dowody. Można to było zatem zrobić tylko w jeden sposób - prześledzić ostatnie osiem lat życia Roberta Blacka. W przypadku innego człowieka byłoby to zadanie prawie niewykonalne. Jednak Black pracował w firmie transportowej. Wszystkie jego wyjazdy były dokładnie opisane. Sprawdzono więc dokładnie firmowe raporty i rejestry. Policjanci musieli ustalić, co skazany robił 30 lipca 1982 roku. Wtedy uprowadzono Susan Maxwell. W firmie Roberta okazało się, że wszelkie notatki dotyczące tras przejazdów kierowców zostały zniszczone miesiąc wcześniej, bo taka była polityka firmy. Pozostały jednak dane dotyczące zarobków pracowników. Właśnie dzięki temu ustalono, że miedzy 18 lipcem a 4 sierpnia Robert był w trasie Londyn � �miasteczko gdzieś w Szkocji�.
Z kwitów za paliwo wynikało, że Black przebywał w południowej części Coldstream tuż przed zniknięciem Susan, a zaraz potem opuścił miasteczko, kierując się na północ. Po powrocie do bazy mężczyzna wyjaśnił, że wracając do Londynu wybierał mniej uczęszczane drogi, m.in.. A50. Zwłoki Susan znaleziono w Staffordshire przy trasie A518, niedaleko drogi A50.
W podobny sposób udowodniono Robertowi morderstwo Caroline Hogg. Zgodnie notatkami prowadzonymi przez firmę, 8 lipca 1982 roku Black miał dostarczyć przesyłkę do Piershill, miasteczka położonego niedaleko Portobello. Rachunki za paliwo wykazały, że tankował w okolicy, konkretnie w Belford. By dotrzeć do Piershill, musiał przejechać przez Portobello. Lekarze sądowi stwierdzili, że morderca przetrzymywał Caroline około 4 dni. Nie można jednoznacznie określić, kiedy dziewczynka zmarła. 12 lipca jej ciało znaleziono w okolicach miasteczka Bedworth, do którego tego samego dnia Robert miał dostarczyć przesyłkę.
W podobny sposób ustalono okoliczności porwania Sary Harper. 26 marca podejrzany dostarczył przesyłkę w okolicy miejsca, gdzie po raz ostatni widziano uprowadzoną dziewczynkę. Ponadto zatankował paliwo przy trasie A453 prowadzącej do Nottingham, a więc w miejscu odnalezienie zwłok. Znalezione w ten sposób dowody były mocne, ale nie niepodważalne. Detektywi przeoczyli też pewne zdarzenie, które mogłoby pomóc w skazaniu Roberta Blacka. 28 kwietnia 1988 roku 15-letnia Teresa Thornhill wracała z przyjacielem przez park. Gdy tylko chłopak poszedł w swoją stronę, obok Teresy zatrzymał się niebieski van. Wysiadł z niego mężczyzna. Zapytał dziewczynę, czy umie naprawiać silniki. Zaprzeczyła i poszła dalej. Po chwili mężczyzna złapał ją i siłą wepchnął do samochodu.

"Nigdy nie zapomnę jego owłosionych rąk, spoconych dłoni, śmierdzącej podkoszulki. Chwycił mnie bardzo mocno, nie mogłam się wyrwać. Zaczęłam wzywać pomocy. Szukałam czegoś, czym mogłabym go uderzyć. Nie było niczego w zasięgu ręki. W końcu uderzyłam go między nogi." (Teresa Thornhill)

Udało jej się zrzucić napastnikowi okulary. Zaczęła głośno krzyczeć. Na szczęście usłyszał to jej przyjaciel. Dziewczyna zaczęła się mocniej wyrywać, przybiegł jej kolega. Robert nie miał innego wyjścia jak puścić ofiarę i uciec.
Nikt nie połączył wówczas ataku na Teresę z morderstwami małych dziewczynek. Podstawowa różnicą był wiek ofiar. Teresa była prawie dorosłą kobietą, choć wyglądała na młodszą - była niska, miała dziecięcą figurę, nie nosiła makijażu. Nie wyglądała jak nastoletnie rówieśniczki. Gdyby wzięto to pod uwagę, detektywi skojarzyliby te przypadki, a Teresa stałaby się bardzo ważnym świadkiem - potrafiłaby opisać napastnika.
Pod koniec 1990 roku policja miała więc sporo poszlakowych dowodów przeciwko Robertowi, nie dysponowała jednak zeznaniami żadnego świadka, które byłyby bardzo mocnym dowodem Skazany nadal do niczego się nie przyznawał. Postanowiono jednak przesłuchać go jeszcze raz, bardziej stanowczo. Jednak Robert przez trzy dni odmawiał jakichkolwiek zeznań, zgodnie z prawem, jakie mu przysługiwało. Szanse na wygranie procesu były nikłe, zebrane dowody musiały wystarczyć. W maju 1991 roku oficjalnie powiadomiono o wszystkim sąd, który miał zadecydować, czy rozpocząć kolejny proces. W kwietniu 1992 roku Robert Black zeznawał przed sądem 10 razy.
Drugi wyrok
Postępowanie sądowe trwało ponad dwa lata. Adwokatom udostępniono wszystko, czym dysponowała prokuratura, czyli 22 tony akt. Było tam wiele nieścisłości. Morderstwa popełniano na terenie dwóch krajów, w których obowiązuje inne prawo karne. Prokuratura chciała traktować morderstwa jako dzieło seryjnego zabójcy, obrona obstawała przy oddzielnym rozpatrywaniu tych przypadków. Robert większość zbrodni popełnił na terenie Anglii, więc tam był sądzony. Proces rozpoczął się 13 kwietnia 1994 roku w Moot Hall w Newcastle. Główny oskarżyciel, John Milford, starał się udowodnić, że morderstwo Susan Maxwell, Caroline Hogg i Sary Harper oraz próba uprowadzenia Teresy Thornhill były dziełem tego samego człowieka - Roberta Blacka. Nie posiadała jednak niezbitego dowodu na potwierdzenie swojego założenia. Dowody, choć silne, były poszlakowe. Black znajdował się zawsze w tym samym miejscu i czasie, gdy uprowadzano dziewczynki. Był też w miejscach, w których znajdowano ich zwłoki. Wreszcie - odsiadywał wyrok za uprowadzenie dziewczynki w 1990 roku. Wszystkich te przypadkach charakteryzowały niemal identyczne okoliczności i właśnie na zbieżność bardzo obciążała Roberta.

Milford bardzo to podkreślał.

Wszystkie ofiary to młode dziewczynki.
Wszystkie ofiary miały na nogach tylko białe skarpetki.
Wszystkie uprowadzono w miejscach publicznych.
Susan i Caroline zniknęły w gorące lipcowe dni.
Wszystkie dziewczynki porwano przy pomocy samochodu. Susan i Sarah uprowadzono samochodami transportowymi.
Po porwaniu ofiary były przewożone na południe.
Wszystkie ciała nosiły oznaki molestowania seksualnego. Susan Maxwell była bez majtek, Caroline Hogg znaleziono całkowicie nagą. Sarę Harper potraktowano z największą brutalnością.
Żadna z dziewcząt nie miała złamań ani większych stłuczeń.
Susan i Sarah były rozebrane, następnie ubrane. Żadna ofiara nie miała butów.
Napastnik nawet nie starał się ukryć zwłok.
Wszystkie ciała znaleziono w tej samej okolicy, na obszarze 26 mil, pomiędzy Nottinghamshire, Staffordshire i Leicestershire.

"Morderstwa te, pozornie tak różne, cechuje bardzo dużo podobieństw. Można zatem śmiało stwierdzić, że popełniła je ta sama osoba. I tą osobą jest Robert Black. Twierdzę, że oskarżony porwał każdą z tych dziewczynek, wykorzystał seksualnie, wywiózł daleko od miejsca porwania i zamordował." (Milford)

Black przyznał się do uprowadzenia Mandy Wilson, prawie identycznego jak w przypadku trzech dziewczynek. Na tej podstawie został oskarżony o popełnienie trzech morderstw.
Zadanie oskarżycieli było zakończone. Teraz wszyscy zastanawiali się, jak Ronald Thwaites pokieruje obroną oskarżonego. Prokurator nie dysponował co prawda j niepodważalnym dowodem przeciwko Robertowi, ale oskarżony nie miał alibi, które mogłoby pomóc obronie. Nie było też żadnego innego podejrzanego. Thwaites miał więc trudne zadanie. Nie zaprzeczał, że Robert Black był niebezpiecznym zboczeńcem, jednak to automatycznie nie czyniło go mordercą.
Thwaites uważał swojego klienta za kozła ofiarnego. Policja nie miała żadnego podejrzanego.
Bezowocne śledztwo trwało osiem lat. Gdy zatrzymano Roberta, cały sztab detektywów zajął się analizowaniem jego życia, często interesując się sprawami, które w ogóle nie dotyczyły dochodzenia. Gdy w jego mieszkaniu znaleziono pornograficzne gazety, sędzia prowadzący sprawę uprowadzenia Mandy Wilson uznał Roberta za niebezpiecznego pedofila i skazał na dożywocie.

"Robert całe życie interesował się małymi dziewczynkami. Później karmił swoje zainteresowania pornografią. Jest on odrażającym człowiekiem. Nie jestem tutaj, by zapewniać o przyjaźni do tego człowieka, jednak nie znaleziono żadnych dowodów łączących go z morderstwami dziewczynek. Wszystko to tylko teoria. Sprawy te ciągnęły się już na długo przed tym, zanim Robert został zatrzymany i przyznał się do porwania Mandy Wilson. Nie ma jakichkolwiek dowodów przeciwko Robertowi Blackowi." (Thwaites)

Istniało bardzo dużo poszlak łączących Roberta z morderstwami. Thwaites twierdził, że policja była na tyle pewna, że schwytała mordercę, że nie szukała innych podejrzanych. Robert Black nie mógł przecież pamiętać szczegółów wydarzeń, które miały miejsce kilkanaście lat temu. Obrona wciąż przekonywała, że morderca lub mordercy dziewczynek pozostają na wolności.
Obrona powołała na świadków osoby, które widziały ciemnoczerwone samochody w pobliżu miejsca uprowadzenia. Sharon Binnie zeznała, że widziała taki samochód, mógł to być Triumph 2000, o którym wspominał Thomas Ball. Alan Day, Peter Armstrong, Joan Jones i jej mąż to potwierdzili. Michelle Robertson była wtedy małą dziewczynką, ale pamiętała dziwnego i śmierdzącego mężczyznę w niebieskim Fordzie Escortcie. Kevin Catherall i Ian Collins zeznali, że widzieli tego mężczyznę w czerwonym Fordzie. Te zeznania nic nie wniosły do sprawy. Żaden z widzianych mężczyzn nie zachowywał się w sposób zwracający uwagę.

"Czy ktoś może udowodnić fakt, że molestowanie, którego dokonywał czasami oskarżony przerodziło się w mordowanie? To nie staje się samoczynnie, automatycznie. Oskarżenie pokazało tę sprawę bez ujawnienia największej tajemnicy. Tajemnica ta to brak dowodów przeciwko Robertowi Blackowi." (Thwaites)

We wtorek, 17 maja, zakończono przesłuchania. Teraz ława przysięgłych miała wydać wyrok. Rankiem 19 maja wszystko było ustalone. Robert Black został uznany winnym wszystkich zarzucanych mu czynów. Sędzia wydał wyrok dożywotniego więzienia.
Gdy wyprowadzano Roberta z sali sądowej, odwrócił się i powiedział "Dobra robota, chłopcy."

Proces kosztował około miliona funtów. Robert Black będzie mógł starać się o wcześniejsze zwolnienie w 2029 roku. Nigdy nie przyznał się do winy ani nie odpierał stawianych mu zarzutów, ponieważ, jak twierdzi, nie mógłby tego zrobić.


crimelibrary.com

mariksha 15-06-2008 16:48

[text] Chase Richard wampir
 
Narodziny wampira
Richard Trenton Chase urodził się 23 maja 1950 roku w Sacramento. Już jako mały chłopiec lubił ogień i maltretowanie zwierząt. Jego rodzina nie należała do najszczęśliwszych. On i o cztery lata młodsza siostra ciągle byli zastraszeni przez dominującego ojca. W domu niemal codziennie wybuchały kłótnie. Zanim Richard skończył 10 lat, zabił swojego kota. Potem coraz częściej uśmiercał kolejne zwierzęta. Jako nastolatek dużo pił. Często miał z tego powodu kłopoty, ale nie wyglądał na człowieka, który się tym przejmuje.

Jako nastolatek spotykał się z kilkoma dziewczętami. Jedna z nich twierdziła, że Rick nie był zdolny do odbycia stosunku. Nie mógł utrzymać erekcji. W wieku 18 lat udał się z tym problemem do lekarza - psychiatry. Dowiedział się, że bardzo częstym powodem impotencji jest hamowanie gniewu lub ukryta choroba psychiczna.

Po wyprowadzeniu się z domu chłopak mieszkał z dużą liczbą często zmieniających się współlokatorów. Wszyscy wspominali trudny styl bycia Richarda i jego uzależnienie od silnych narkotyków. Nawet nieliczni przyjaciele uważali go za dziwaka. Pewnego razu zabił deskami drzwi do swojej sypialni, ponieważ stwierdził, że ludzie nie respektują jego prawa do prywatności. Był bardzo pochłonięty wynajdywaniem wszystkiego, co świadczyłoby o jego nienormalności. Utrzymywał, że jego serce często się zatrzymuje, kości wychodzą z tyłu głowy, a żołądek szwankuje. Zaowocowało to kolejną wizytą u psychiatry. Tym razem wykryto u Richarda schizofrenię paranoidalną, której przyczyną mogło być częste zażywanie silnych narkotyków. Został zatrzymany na 72-godzinną obserwację. Lekarze zalecali dłuższy pobyt, ale pacjent mógł opuścić zakład, kiedy tylko chciał. Zwolniono go dopiero po pewnym czasie. Jego życie powoli się zatrzymywało. Cierpiał na hipochondrię i silne uzależnienie od narkotyków doprowadziło jego organizm na skraj wyczerpania. Przy wzroście 180 cm ważył około 65 kg.

Richard zaczął zabijać i obdzierać ze skóry króliki. Łapał je lub kupował, a po pozbawieniu życia zjadał ich surowe wnętrzności. Często pił też koktajl zrobiony z jelit i krwi tych zwierzątek. Miało to w mniemaniu Chase�a powstrzymać proces zanikania jego serca. Pewnego razu wstrzyknął sobie krew królika. Efektem tego eksperymentu była skomplikowana choroba - sepsa.

Jako schizofrenik cierpiał na różnego rodzaju przywidzenia i omamy. Większość form leczenia nie przynosiła żadnych rezultatów. W 1976 roku Richard uciekł ze szpitala. Znaleziono go w domu matki. Następnie został skierowany do zakładu Beverly Manor. Po tym jak opowiadał o swoich doświadczeniach z królikami i gdy znaleziono go ze śladami krwi wokół ust, zyskał przydomek 'Drakula'. Krew pochodziła od dwóch martwych ptaków, które znaleziono na parapecie jego okna. Po pewnym czasie został zwolniony i z tego zakładu. Uznano go za niegroźnego dla otoczenia, a rodzicom przyznano pieniądze na utrzymywanie Richarda.

Chase po raz kolejny wyprowadził się z domu. Znów polował na zwierzęta. Torturował złapane koty, psy i króliki. Pił ich krew. Czasem też kradł zwierzęta sąsiadom, a potem raczył ich opowieściami, co zrobił ich ulubieńcom. W końcu kupił broń i zaczął się uczyć sprawnego nią posługiwania. Mimo że był chory psychicznie, nikt ze szpitala nie kontrolował przebiegu leczenia. Matka przestała podawać mu lekarstwa kiedy uznała, że jest już zdrowy. W 1977 roku skończyły się pieniądze na utrzymywanie syna. Pozostawiono go samemu sobie.

Pewnego dnia Richard złożył wizytę swojej matce. Kobieta usłyszała jakiś hałas za drzwiami. Otworzyła je, by sprawdzić co się dzieje i ujrzała własnego syna. W ręku trzymał martwego kota. Całą twarz i szyję miał we krwi. Pani Chase nigdy nikomu nie wspomniała o tej niespodziewanej wizycie.

3 sierpnia 1977 roku policja znalazła pick up'a Richarda zaparkowanego niedaleko Pyramid Lake w Newadzie. Na siedzeniu leżały dwa karabiny i męskie ubranie. Wszędzie było pełno krwi. Znaleziono też wiadro wypełnione krwią i wnętrznościami. Niedaleko samochodu policjanci zauważyli nagiego i czerwonego od krwi Richarda. Złapali go po krótkim pościgu. Mężczyzna twierdził że krew należy do niego i że przesiąkła przez jego skórę. Wnętrzności w wiaderku pochodziły od krowy.

Wkrótce Chase stał się wiernym fanem dwóch morderców, działających niedaleko, zwanych Hilside Stranglers (Bianchi i Buono). Czytał wszystkie artykuły na ten temat. Był zafascynowany śmiercią.
Pierwsza ofiara
29 grudzień 1977 roku nadarzyła się pierwsza okazja zabicia człowieka. Ofiarą padł 51-letni Ambrose Griffin. Miał żonę i dwóch synów. Tego dnia wracali z zakupów. Gdy wnosili pakunki do domu, pani Griffin usłyszała dziwne odgłosy. Zaraz potem jej mąż upadł. Wyglądało jakby miał atak serca. Po chwili okazało się, że Ambrose został postrzelony. Jeden z synów państwa Griffin zeznał, że widział w sąsiedztwie mężczyznę z karabinem. Wezwano policję. Okazało się, że broń owego mężczyzny nie była narzędziem zbrodni.

Następnego dnia niedaleko domu Griffinów znaleziono łuski po nabojach. Detektywi zauważyli też podejrzanie często przejeżdżający samochód, jednak nie udało się ustalić żadnych szczegółów. W dniu, w którym zraniono pana Griffina, 12-letni chłopiec zeznał, że widział po południu młodego mężczyznę strzelającego ze swojego samochodu, brązowego Pontiaca Trans Am. Chłopiec jeździł niedaleko na rowerze. Mężczyzna był młody, miał dwadzieścia kilka lat, ciemne włosy. Świadka poddano hipnozie i dzięki niej przypomniał sobie nr rejestracyjny samochodu: 219EEP. Policja sprawdziła również zawiadomienie otrzymane od pewnej kobiety. Zeznała, że 27 grudnia ktoś strzelał w kierunku jej domu, znajdującego się w okolicy domu państwa Griffin. Przeszukano posesję i w kuchni znaleziono nabój kaliber 22. Ten sam typ naboi zabił Ambrose Griffina. Jednak i to odkrycie nie wniosło do sprawy niczego nowego. Ślady się urwały.
Intruz
13 stycznia 1978 roku Dawn Larson spotkała Richarda. Byli sąsiadami od pół roku. Mieszkali w tym samym budynku przy Watt Avenue, we wschodnim Sacramento. Dawn często widziała, jak Richard � mimo zakazu - przynosił do domu różne zwierzęta. Żadnego z nich już potem nie widziała. Tego dnia Richard poprosił ją o papierosa. Poczęstowała go jednym, jednak on nie pozwolił jej odejść, dopóki nie oddała mu całej paczki.

Niecałe dwa tygodnie później, 23 stycznia, Jeanne Layton zauważyła mężczyznę zbliżającego się do jej domu. Młodzieniec z dłuższymi włosami starał się dostać do domu przez drzwi na patio, ale były zamknięte. Próbował wejść przez okno. Bez rezultatu. Wrócił więc do drzwi prowadzących na patio. Tam stanął twarzą w twarz z Jeanne Layton. Nieznajomy nie okazał żadnych emocji, po prostu przyglądał się kobiecie po drugiej stronie szyby. W końcu odwrócił się, zapalił papierosa i odszedł.

Robert i Barbara Edwards właśnie wrócili z zakupów i wnosili je do mieszkania, kiedy usłyszeli hałas w kuchni . Najwidoczniej intruz usłyszał ich i chciał uciec. Trzasnęło okno na tyłach domu, a wtedy jakiś młody rozczochrany człowiek pojawił się naprzeciwko nich. Państwo Edwards chcieli go zatrzymać, lecz udało mu się wybiec z domu. Gonili go do momentu, gdy mężczyzna przeskoczył ogrodzenie i zniknął. Wezwani policjanci zastali w domu bałagan, który wskazywał na włamanie w celu rabunkowym. Jednak napastnik, poza zabraniem biżuterii, oddał mocz do szuflady z ubraniami dziecka państwa Edwards i pobrudził kałem jego łóżeczko.

Włamywacz wydawał się być nieuchwytny. Działał bez zastanowienia, spontanicznie wybierając domy. W końcu trafił na ten przy 2360 Tioga Way.
Kolejne morderstwa
Agent FBI, Robert Ressler, zapytał pewnego razu Richarda na jakiej podstawie wybierał swoje ofiary. Przestępca odpowiedział, że szedł ulicą, podchodził do drzwi domów i chwytał za klamkę. Jeśli drzwi były zamknięte oznaczało to, że nie jest mile widziany.

Widocznie inaczej było z drzwiami od domu państwa Wallin. Zanim mężczyzna wszedł do środka, w skrzynce na listy ukrył naboje kaliber 22. W domu trafił na 22-letnią Teresę Wallin, będącą w 3 miesiącu ciąży. Dziewczyna miała w ręku worek ze śmieciami. Upuściła go, gdy Richard strzelił do niej dwa razy. Jedna kula przebiła dłoń, którą Teresa wyciągnęła, by się zasłonić i lekko drasnęła szyję. Druga kula przeszła przez górną część czaszki ofiary. Upadła, a wtedy Chase przystawił jej pistolet do skroni i oddał kolejny strzał. Potem zaciągnął zwłoki do sypialni, zostawiając na podłodze krwawy ślad. Z kuchni przyniósł nóż i pusty pojemnik po jogurcie. Znalazł go w torbie na śmieci, którą dziewczyna miała właśnie wynieść.

David Wallin wrócił około osiemnastej. W domu panowały ciemności. Wszedł do środka, gdzie czekał na niego pies, ale nie żona. Zdziwił się, gdy zobaczył, że sprzęt stereo jest włączony. Zauważył też porzuconą torbę ze śmieciami, a na dywanie ciemne plamy, wyglądające jak olej. Wszedł do sypialni i zaczął przeraźliwie krzyczeć. Żona leżała martwa. Jej sweter był podciągnięty, odsłaniając piersi. Majtki miała ściągnięte do wysokości kostek. Nogi - szeroko rozłożone - umożliwiały odbycie stosunku seksualnego. To jednak nie wszystko. Lewy sutek był obcięty. Poniżej mostka znajdowało się wielkie rozcięcie. Jelita wyciągnięto na wierzch. Richard wiele razy dźgał ofiarę w płuca, brzuch, piersi. Wyciął jej również nerkę i trzustkę. Jednak najbardziej odrażające było napchanie do ust kobiety zwierzęcego kału. Wokół ciała było kilka okrągłych czerwonych śladów. Wyglądały na ślady wiadra lub czegoś podobnego.

Dużo krwi znaleziono w łazience. Jak później ustalono, morderca wymazał sobie krwią twarz i dłonie, oblizywał palce. Pojemnik po jogurcie był cały we krwi - z niego Richard pił krew Teresy. Dwa dni później niedaleko domu państwa Wallin znaleziono martwe szczenię. Dziwnie wyglądający mężczyzna kupił dwa pieski od pewnej rodziny. Nie zwracał uwagi na płeć zwierząt. Wkrótce potem znaleziono jedno z nich martwe.

27 stycznia Evelyn Miroth pilnowała swojego 20-miesięcznego siostrzeńca. Mieszkała niecałe półtora kilometra od domu państwa Wallin. 51-letni Dan Meredith był dobrym znajomym Evelyn. Miała przysłać do niego swojego 6-letniego syna Jasona, jednak chłopiec się nie pojawiał. Zaniepokojony Dan wysłał córkę, by sprawdziła co się dzieje w domu Evelyn. Dziewczynka zobaczyła jakiś ruch wewnątrz, jednak nikt nie otwierał drzwi. Wtedy mężczyzna postanowił osobiście przekonać się, czy u znajomej wszystko w porządku.

Dan Meredith leżał w hallu w kałuży krwi. Policjant, który badał miejsce zbrodni zauważył ranę postrzałową w głowie ofiary. Znalazł krew również w wannie. Po chwili trafił na ciało Evelyn. Leżała naga na łóżku w sypialni. Miała szeroko rozłożone nogi. Głowę przedziurawiła kula, a z rozciętego brzucha wyciągnięto jelita. Obok ciała leżały dwa noże, całe we krwi. Wydawało się, że morderca zaskoczył kobietę podczas kąpieli. Następnie zaciągnął ją do sypialni, gdzie odbył z nią stosunek analny. Potem zabójca zadał ofierze sześć ciosów nożem w odbyt tak głęboko, że uszkodził macicę. Zrobił kilka nacięć na szyi, chciał też wydłubać oko. Krwawy okrąg na dywanie sugerował, że napastnik znów używał najpewniej wiadra, aby zebrać krew. Dźgał nożem również organy wewnętrzne, co tłumaczyło mnóstwo krwi w brzuchu. W odbycie Evelyn znaleziono duże ilości nasienia.

Za łóżkiem policja znalazła ciało chłopca. Był to Jason. Strzelono mu dwa razy w głowę z bliskiej odległości. Morderca zostawił po sobie krwawe odciski butów, identyczne ze znalezionymi w domu państwa Wallin. Funkcjonariusze odnaleźli 11-letnią dziewczynkę, która dosyć dokładnie opisała mężczyznę kręcącego się w pobliżu w czasie, gdy zamordowano Evelyn i Dana. Według jej opisu był to młody chłopak, około 20-letni. Dziewczynka widywała go już wcześniej dosyć często. Okazało się, że zniknęło zaparkowane przed domem czerwone kombi Dana.

Na miejsce zbrodni w poszukiwaniu syna przybyła Karen Ferreira. Rano Davida zabrała jej szwagierka - Evelyn. Nikt go nie widział, ale znaleziono ślad po strzale w poduszce leżącej w dziecięcym łóżeczku. Było tam dużo krwi.

Jak się później okazało, Richard Chase pił krew Evelyn. Chłopca zamordował w łazience. Otworzył mu czaszkę, a kawałki mózgu wrzucił do wanny. Gdy usłyszał pukanie do drzwi, wystraszył się i uciekł, zabierając ze sobą zwłoki dziecka. Przetransportował je do swojego domu. Wyciął kilka organów wewnętrznych i zjadł.

Wyglądało na to, że Richard nigdy nie zostanie ukarany za tą serię morderstw, jednak policja wpadła już na jego trop.
Polowanie na wampira
Samochód pana Meredith znaleziono niedaleko jego domu, kluczyki od wozu były w środku. Wtedy policjanci mieli jeszcze nadzieję, że malutki David żyje. Parking, na którym znaleziono czerwone kombi Dannyego był niedaleko domu nr 15 na Watt Avenue. Mieszkał tam Richard Trenton Chase, lecz detektywi wówczas tego nie wiedzieli.

Śledztwem zajęło się FBI. Robert Ressler i Russ Vorpagel zastanawiali się, z kim mają do czynienia. Wyobrażali sobie Richarda jako niezorganizowanego mordercę, cierpiącego na psychozę. Przestępca nie planował żadnej zbrodni, nie robił nic lub bardzo mało, by ukryć lub zniszczyć ślady. Na miejscu zabójstwa zostawiał odciski palców, ślady butów. Prawdopodobnie chodził też w ubraniu poplamionym krwią i nie ukrywał tego. Najpewniej nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji swojego zachowania. Wiele wskazywało na to, że morderca mieszka w tej samej okolicy, co ofiary. Sugeruje to, że nie ma samochodu. Ukradł co prawda jedno auto, ale najpierw musiał dojść do niego pieszo. Agenci przypuszczali, że zabójca zaatakuje ponownie i prawdopodobnie będzie mordował dopóki nie zostanie złapany. Detektywi musieli więc pracować bardzo szybko i sprawnie. Zakładali, że poszukiwany jest szczupłym mężczyzną w wieku dwudziestu kilku lat. Byli pewni, że znajdą w jego mieszkaniu wiele dowodów świadczących o popełnionych morderstwach. Prawdopodobnie mężczyzna cierpi też na jakąś chorobę psychiczną, być może zażywa narkotyki. Natomiast na pewno jest typem samotnika. Możliwe, że gdzieś pracuje, ale raczej dorywczo, więc jego dochody są nieregularne. Najpewniej � jako paranoik - mieszka sam.

Przesłuchano wiele osób, które widziały białego mężczyznę jeżdżącego czerwonym kombi. Policja sporządziła portret pamięciowy, jednak na niewiele się on przydał. Jedyny dokładny opis przestępcy podała tylko 11-letnia dziewczynka.

W dniu, w którym Robert Edwards przegonił nieznajomego mężczyznę ze swojego domu przy Burnece Street, Nancy Holden miała niecodzienne spotkanie. Robiła zakupy w Town and Country Village, niedaleko Watt Avenue i posesji państwa Wallin. Zobaczyła dziwnego mężczyznę, który szybkim krokiem szedł w jej kierunku. Wydawał się lekko zdenerwowany. Nancy chciała uniknąć spotkania z nieznajomym, jednak mężczyzna zadał jej dziwne pytanie:

- Siedziałaś na motocyklu, gdy Kurt został zabity?

To pytanie bardzo ją zaskoczyło. Przypomniała sobie, jak dziesięć lat temu zamordowano chłopaka na motocyklu. Miał na imię Kurt. Wtedy też twarz mężczyzny wydała jej się znajoma. Zapytała, kim jest. Przedstawił się jako Rick Chase.

Nancy przypomniała sobie, że w szkole średniej znała tego Ricka Chase'a. Podobno stał się narkomanem. Patrząc na niego, zdała sobie sprawę, że to prawda. Był brudny, zaniedbany i wykonywał nerwowe ruchy. Rozmawiała z nim kilka minut. Wreszcie udało jej się wyjść ze sklepu. Richard został przy kasie. Chciał ją dogonić na parkingu, miał ochotę na przejażdżkę. Jednak Nancy zamknęła drzwi, zasunęła szyby i odjechała. Wiedziała że jest nieuprzejma, ale chciała jak najszybciej pozbyć się towarzystwa starego znajomego.

Kiedy dziewczyna zobaczyła portret pamięciowy mordercy, była pewna, że policja poszukuje właśnie Richarda. Policjanci wpasowali we właściwe miejsce także kolejny element układanki - półautomatyczny pistolet, kaliber 22, sprzedano w grudniu 1977 roku panu Richardowi Chase, zamieszkałemu przy Watt Avenue. 10 stycznia 1978 roku Richard kupił amunicję.

Minęło kilka dni. Dawn Larson, widząc portret Richarda w wiadomościach, skojarzyła go ze swoim sąsiadem. Na ścianie w jego mieszkaniu widziała wielką mapę Sacramento, oznaczoną czarnym atramentem. Jednak nie chciała mieć w nim wroga zgłaszając odkrycie policji.

Pięć dni po morderstwie w domu państwa Wallin funkcjonariusze mieli już sporo informacji na temat Richarda. Wiedzieli o jego chorobie psychicznej, uzależnieniu od narkotyków, zatrzymaniu w szpitalu w Nevadzie. Ustalili też aktualny adres Chase�a. Dzień po morderstwie Evelyn postanowili odwiedzić jego mieszkanie przy Watt Avenue.

Detektywi dowiedzieli się od dozorcy, że czynsz płaci matka Richarda. Pani Chase zdawała sobie sprawę z silnego uzależnienia syna od LSD. Mężczyzna nigdy nie zapraszał jej do siebie ani nie wpuszczał, jeśli postanowiła złożyć mu wizytę. Policjanci zapukali do drzwi, ale nikt nie otwierał. Po chwili przestali poszli czekali. Wtedy drzwi się otworzyły i stanął w nich Richard. Trzymał w rękach jakieś pudło. Po krótkiej, ale zaciętej walce Chase został aresztowany. Na jego ubraniu, pomarańczowym kombinezonie i butach, widniało kilka ciemnych, przypominających krew plam. Przy zatrzymanym znaleziono półautomatyczny pistolet kaliber 22. Na nim również były ślady krwi. W tylnej kieszeni kombinezonu tkwił portfel Dana Meredith oraz para lateksowych rękawiczek.
Detektywów zainteresowało również pudło, które Richard wynosił z domu. Wewnątrz znajdowały się poplamione krwią gazety i szmaty. Mężczyznę zabrano na komisariat. Wszystkim zależało na szybkim przyznaniu się Richarda do winy. Ten twierdził jednak, że zabił jedynie kilka psów, o ludziach nie wspominał. W czasie, gdy jedni funkcjonariusze zajmowali się przesłuchiwaniem podejrzanego, inni przeszukiwali jego mieszkanie. Nikt nie tracił nadziei, że trafią na jakiś ślad zaginionego chłopca.

Mieszkaniu budziło obrzydzenie. Prawie wszystko miało ślady krwi - jedzenie, szklanki. W kuchni znaleziono drobne kości, w lodówce kilka pojemników z częściami ciała. W jednym z nich znajdował się ludzki mózg. Elektryczna maszynka do mięsa od dawna nie była czyszczona, śmierdziała zgnilizną. Znaleziono trzy obroże, jednak nic innego nie wskazywało na obecność zwierząt. Na stole leżała książka ze zdjęciami części ludzkiego ciała. Obok rozłożono gazetę z zaznaczonymi ogłoszeniami dotyczącymi sprzedaży psów. W kalendarzu przy datach morderstw w domach państwa Wallin i Miroth, widniało słowo 'dzisiaj'. Takie samo słowo widniało również przy czterdziestu czterech następnych datach tego roku.
Proces
Dowody zebrane w domu Chase�a mogły zostać porównane z tymi, które policja odkryła na miejscach zbrodni. Pobrano wiele próbek krwi z ubrań Richarda, a także włosy. Jednak gdy chciano pobrać próbkę krwi zatrzymanego, ten stawiał opór. Bał się stracić nawet krople krwi, ale wtedy jeszcze detektywi nie wiedzieli dlaczego.

Rick dostał adwokata z urzędu, Farrisa Salamy, który od razu oddzielił klienta od detektywów starających się wyciągnąć zeznania Chase'a.

Policjanci wciąż szukali zaginionego chłopca. Odwiedzili mieszkanie matki Richarda. Kobieta odmówiła współpracy, zapewniając, że to, co znaleźli przeciwko synowi, wcale nie świadczy o jego winie.

Chase przyznał się współwięźniowi, że pił krew, ponieważ cierpiał na posocznicę. Potrzebował zdrowej krwi, a był już zmęczony chwytaniem i zabijaniem zwierząt.

24 marca odnaleziono chłopca, a właściwie to, co z niego zostało. Kościelny trafił na pudło z kawałkami ciała dziecka płci męskiej. Natychmiast zawiadomił policję.

Detektywi, którzy przybyli na miejsce, rozpoznali ubranie należące do zaginionego chłopca. Zwłoki były pozbawione głowy. Leżała osobno i widniał w niej ślad po kuli. Na reszcie kawałków dostrzegli kilka śladów po pchnięciach nożem i kilka połamanych żeber. W pudle znaleziono także pęk kluczy zabranych z samochodu należącego do Dana Meredith.

Głównym oskarżycielem w sprawie California kontra Richard Trenton Chase był Ronald W. Tochterman. Żądał dla Richarda kary śmierci. Obrona postanowiła wykorzystać chorobę Chase�a jako główny czynnik łagodzący. Jednak Tochterman był zdecydowany udowodnić, że oskarżony dobrze wiedział co czyni, doskonale odróżniał dobro od zła i w żaden sposób nie zmuszano go do popełniania tych okrutnych morderstw. Częścią jego strategii była legenda o Draculi. Dużo czytał na temat szczególnie krwawych zbrodni, o brutalnych rytuałach w różnych kulturach, polegających na piciu krwi ofiar. Krew miała wzmocnić zdrowie spożywającego ją. Chciał udowodnić, że nawet jeśli Rick mocno wierzył w takie praktyki, nie usprawiedliwiają one morderstwa.

Ze względu na lokalny rozgłos proces przeniesiono dwieście kilometrów na południe. Richarda przebadało wielu psychiatrów. Jednemu z nich przyznał się do lęku przed uśmierceniem ofiar, ponieważ obawiał się, że przyjdą po niego po śmierci. Nie było dowodów na to, by Richard czuł się do czegoś zmuszany. Po prostu uważał, że krew ma działanie lecznicze. Psychiatrzy uznali go za osobę antyspołeczną, a nie schizofrenika. Jego proces myślowy był prawidłowy, miał też świadomość, że to, co robi jest złe.

2 stycznia 1979 roku rozpoczął się właściwy proces. Richard Chase został oskarżony o popełnienie sześciu morderstw. Prokurator często powtarzał, że oskarżony mógł wybrać i wiedział o tym. Częste zabieranie ze sobą gumowych rękawiczek wyraźnie wskazywało, że mężczyzna planował owe morderstwa. W czasie procesu przedstawiono około 250 dowodów, z których najważniejszymi były pistolet Ricka i znaleziony przy nim portfel należący do Dana Meredith. Zeznania około setki świadków trwały cztery miesiące. Pierwszym świadkiem był David Wallin. Zeznania złożył również sam Richrad. Wyglądał okropnie. Ważył niecałe 48 kg. Oczy miał zapadnięte i zamglone. Powiedział, że podczas morderstwa pani Wallin był półprzytomny i nie pamięta żadnych szczegółów. Przyznał tylko, że pił krew Teresy. Dokładnie opisał natomiast krzywdy jakich doznał w swoim życiu. Kolejne morderstwa pamiętał słabo. Wiedział, że strzelił dziecku w głowę, potem ją uciął, a ciało włożył do wiadra. Miał nadzieję na dużą ilość krwi. Wiedział, że dziecko to co innego, ale nie rozwinął tej myśli. Stwierdził także, że jego problemy biorą się z niezdolności do uprawiania seksu w okresie dojrzewania. Dodał, że jest mu przykro z powodu zabójstw.

Obrona żądała zmiany kwalifikacji czynu na morderstwo drugiego stopnia, jako że Richard był chory psychicznie. To uchroniłoby go przed karą śmierci. Tochterman dowodził natomiast, że Richard był seksualnym sadystą, potworem, który doskonale wiedział co robi i wobec tego nie może otrzymać innego wyroku niż kara śmierci.

8 maja 1979 roku, po pięciogodzinnej naradzie, ława przysięgłych ustaliła werdykt. Richard Trenton Chase został uznany winnym popełnienia sześciu mordertsw. Skazano go na karę śmierci w komorze gazowej w zakładzie San Quentin.
Wywiad FBI
Podobnie jak w przypadku innych seryjnych morderców, FBI chciało dokładnie poznać Richarda Trentona Chase. Robert Ressler opowiada o swoich spotkaniach z mordercą w książce Whoever Fights Monsters (Ktokolwiek walczy z potworami). Według niego już w 1976 roku Chase wierzył, że jego krew zamienia się w proch, w związku z czym musi uzupełniać jej ilość. Potrzebował ofiar jako źródła świeżej krwi. Mimo to i wbrew protestom personelu, Richard został wypuszczony ze szpitala psychiatrycznego. Od czasu zatrzymania w Nevadzie, w sierpniu 1977 roku, do czasu, gdy Chase zaczął mordować, w grudniu tego samego roku, Ressler pokazuje bardzo wyraźny obraz postępującego 'rozkładu' umysłu Richarda. Już wcześniej zabił kota, kupił dwa psy, które także uśmiercił. Zaczął kolekcjonować artykuły dotyczące Dusicieli ze Wzgórz. W grudniu kupił pistolet. Po tym, jak zastrzelił pana Griffina, zdobył większość gazet opisujących to wydarzenie oraz więcej amunicji. W międzyczasie podpalił garaż sąsiadów, ponieważ przeszkadzała mu muzyka, której słuchali.

Richard przyznał się psychiatrze, że pierwszy raz zabił po tym jak jego matka nie zaprosiła go na Święta Bożego Narodzenia. Strzelał z okna swojego samochodu. Oddał kilka strzałów w kierunku innych domów. Nie były przypadkowe.

Chase powiedział funkcjonariuszom FBI, że mordował, by uchronić swoje życie, przypomina bowiem zatrutą mydelniczkę. Wyjaśnił, że każdy ma mydelniczkę i gdy podnosi mydło, a ono jest suche, wówczas wszystko w porządku. Jednak jeśli mydło się klei, zostałeś otruty i twoja krew zamienia się w proch, który pochłania energię i wyżera ciało.

cd ->

mariksha 15-06-2008 16:48

Richard twierdził też, że jest Żydem, co było nieprawdą, i był prześladowany przez nazistów za noszenie na ramieniu gwiazdy Davida (kolejne urojenie). Wyjaśnił, że naziści łączyli się z kosmitami. Ci sami kosmici telepatycznie nakazywali mu zabijać i uzupełniać swoją krew. Otaczali go ze wszystkich stron. Pracownicy FBI powinni ich wykryć, umieszczając na nim radar. Następnie wskazał talerz, na którym Ressler przygotował obiad. Chciał, by posiłek przebadano na zawartość trucizny.

Agent zauważył też, że inni więźniowie wyśmiewali się z Richarda i namawiali go, by popełnił samobójstwo. Nie chcieli przebywać w pobliżu Chase�a. Ressler, jako zawodowiec w badaniu zdrowia psychicznego więźniów, czuł, że Richarda powinno się przenieść do szpitala psychiatrycznego. Trafił tam na jakiś czas, ale wrócił do San Quentin.
Śmierć Wampira
Dzień po Świętach Bożego Narodzenia 1980 roku, trzy lata po morderstwach, strażnik zajrzał do celi Richarda. Chase leżał w łóżku na plecach, oddychał normalnie. Nie odpowiedział na powitanie strażnika, co nie było niczym zaskakującym. O 11:05 mężczyzna zajrzał ponownie do celi. Richard leżał na brzuchu. Miał rozłożone nogi, stopy znajdowały się na podłodze, a ręce były ukryte pod poduszką. Strażnik krzyknął do więźnia, jednak ten się nie poruszył. Wtedy wszedł do celi i ściągnął Chase'a z łóżka. Okazało się, że Wampir z Sacramento, nazywany też Drakulą, nie żyje. Wezwano koronera. K. P. Holmes przeszukał celę i jako przyczynę zgonu podał samobójstwo w wyniku połknięcia pigułek. Richard zażywał Sinequan, lek antydepresyjny i zapobiegający halucynacjom. Otrzymywał go w postaci listków z trzema pigułkami. Najprawdopodobniej zbierał je od jakiegoś czasu i teraz przedawkował. Bezpośrednią przyczyną śmierci skazańca było zatrucie toksynami. Jego serce pozostało w dobrej kondycji, mimo nieodpowiedniego stylu życia. Więzienny psychiatra zauważył, że Richard, odkąd znalazł się w więzieniu, cierpiał na zaburzenia związane z psychozą. Nikogo jednak nie interesowała jego dziwaczna obsesja na punkcie krwi.

W 1992 roku na podstawie życia i "twórczości" Richarda powstał film pt. "Unspeakable".

Richard Trenton Chase wciąż jest najlepszym przykładem niezorganizowanego mordercy.


crimelibrary.com

mariksha 15-06-2008 16:51

[text] Cooke Eric Edgar
 
Nocny Gość
W historii australijskich seryjnych morderców możemy zauważyć, że tylko kilku trzymało się miast, dzielnic lub oblężonych przedmieść, aby sprawować tam swoje krwawe rządy. Jednym z takich ludzi był Edward Leonski, który to terroryzował kobiety zamieszkujące Melbourne przez okres 16 dni w roku 1942, dopóki nie został złapany i się nie powiesił.
Pomiędzy czerwcem 1961 a końcem 1962 roku, William McDonald sprawił, że takie miasto jak Sydney zostało sparaliżowane strachem przed jedną osobą. Mieszkańcom zostawało tylko czekanie, aż odnajdzie się kolejna ofiara tego szaleńca i zastanawianie się czy tą kolejną ofiarą nie będą oni sami.
Podobnie było, gdy od marca 1989 roku przez dwa kolejne lata na wybrzeżu Sydney pojawił się John Glover - zabójca staruszek, który nie wahał się popełniać zbrodni nawet w świetle dnia.
Kolejnym australijskim mordercą był Paul Charles Denyer, który torturował i zabijał kobiety w południowej części Melbourne, w dzielnicy Frankston pomiędzy czerwcem a lipcem 1993 roku i sprawił, że tamtejsze kobiety bardzo poważnie zastanawiały się, zanim wyszły gdziekolwiek samotnie.

Jednak żaden z australijskich zbrodniarzy nie wpłynął aż tak bardzo ludność australijskiego miasta, jak zrobił to Eric Edgar Cooke z Perth, stolicy zachodniej Australii, przez dziewięć miesięcy swoich krwawych zabaw.
W 1963 roku Perth, liczące niemal pięćset tysięcy mieszkańców, było bardzo przyjaznym miastem, gdzie ludzie na ogół ufali sobie nawzajem. Rzadko kto zamykał drzwi na klucz czy zasuwał okna, nawet jeśli wychodził poza dom.
Jednak to wzajemne zaufanie miało zostać wkrótce poddane ogromnej próbie. Zupełnie nagle wśród tych ludzi pojawił się seryjny morderca, psychopata, który nie zwracał nawet uwagi na to kogo zabija i jak to robi. Szaleniec, który swoje ofiary spotykał przypadkowo i na nich wyładowywał swój gniew.

W takiej sytuacji nikt nie mógł czuć się bezpieczny. Pewna para została postrzelona, gdy siedziała w samochodzie. Dwóch żebraków zabito podczas snu w ciemnej uliczce. Kolejny mężczyzna został postrzelony między oczy, gdy otworzył nieznajomemu drzwi. Młoda kobieta została uduszona i zgwałcona. Osiemnastoletnia opiekunka zginęła, gdy uczyła się i słuchała muzyki na sofie przy kominku.
Policja była kompletnie zbita z tropu. Ofiary nie były ze sobą w żaden sposób powiązane, nie miały ze sobą nic wspólnego. Wyglądało na to, że morderca robi co tylko chce i nawet nie musi obawiać się zatrzymania.
Jednak po pewnym czasie biuro śledcze wpadło na pewien trop. Doskonała praca policji dała wreszcie jakiś rezultat - złapano najbardziej nieuchwytnego i zimnokrwistego zabójcę Australii.
Okropne dzieciństwo
Eric Edgar Cooke, mężczyzna, który bez najmniejszego trudu był w stanie przemienić miasto Perth w jedno z najbardziej strzeżonych miejsc w Australii, urodził się 25 lutego 1931 roku w Victoria Park - jednym z przedmieść Causeway, położonym przy rzece Swan i leżącym niedaleko Perth.
Eric Cooke urodził się z tak zwaną "zajęczą wargą" i zniekształconym podniebieniem, co sprawiło, że jego ojciec zaczął gardzić nim już od pierwszego razu, gdy go ujrzał. Eric był pierwszym dzieckiem rodziny Cooke, po nim urodziły się jeszcze dwie dziewczynki. Zarówno zajęcza warga małego Erica, jak i jego podniebienie zostały zoperowane niedługo po jego urodzeniu. Jednak zabiegi te udały się tylko w niewielkim stopniu. Rodzice chłopca musieli nauczyć się z tym żyć i przyzwyczajać do jego problemów z mową.
Matka Erica, Christine, szybko uświadomiła sobie jego ciężki stan i starała się okazać mu jak najwięcej miłości. Niestety Vivian Cooke, ojciec chłopca, nie był tak wyrozumiały - bił go regularnie i bardzo mocno.
Vivian pracował w firmie inżynieryjnej w Perth i był alkoholikiem. Tak jak jego ojciec, niemal zgodnie z tradycją, przed powrotem do domu spędzał długie godziny w pobliskim hotelu. Po powrocie do domu ten duży i silny mężczyzna regularnie bił żonę i córki, chociaż najcięższe ciosy dostawały się Ericowi.

Eric wyrósł na samotnika, opuszczonego przez wszystkich oprócz ukochanej matki, której często dostawało się od pijanego męża, gdy próbowała bronić synka. Chłopak o zniekształconej twarzy, z wadą wymowy i ciągle brutalnie bity stał się bardzo nieśmiały, chociaż był miły i bardzo lubiany.
Większość ludzi, którzy go poznali, bardzo go lubiła i stąd wzięło się jego przezwisko 'Cookie' (Ciasteczko). Nawet policjanci, którzy poznali go przy okazji licznych jego aresztowań, zanim jeszcze został oskarżony o morderstwa, lubili go.

Jednak w duchu Eric Edgar Cooke był zupełnie inny. Był niesamowicie gwałtowny i dusił w sobie głęboką urazę do społeczeństwa, które tak źle go traktowało, już od chwili, gdy się urodził.
Spośród wszystkich seryjnych morderców Australii, Eric Cooke miał prawdopodobnie najmocniejsze motywy do popełniania swoich zbrodni już od najmłodszych lat.
Sam, spytany po wielu latach o to, dlaczego zabijał, odpowiedział: "Po prostu chciałem kogoś skrzywdzić".

Cookie był bardzo inteligentny i dobrze radził sobie w szkole, co było dość dziwne, zważywszy na warunki, w jakich się wychowywał. Ta inteligencja odegrała niewątpliwie dużą rolę w jego przyszłej karierze włamywacza i mordercy.
Już jako czternastolatek Eric rzucił szkołę i zaczął pracować jako chłopiec na posyłki. Widząc, jak jego ojciec większość, jeżeli nie całe swoje zarobki wydaje na hotel, a gospodarstwo państwa Cooke podupada, Eric oddawał zarobione pieniądze, aby mama mogła ich ubrać i wyżywić. Jednak pieniędzy ciągle brakowało i to nauczyło małego Cooke'a fachu złodzieja i włamywacza.
Żeby uniknąć ciągłego bicia, Eric spędzał coraz więcej czasu poza domem. Chciał ten czas wykorzystać jak najlepiej, więc włamywał się wówczas do mieszkań i kradł lub podglądał rozbierające się, albo uprawiające seks kobiety.
Otwieranie zamków było banalne w większości domów, a niekiedy nawet mieszkania były po prostu otwarte. Eric często wchodził przez okna, gdyż był na tyle niski i szczupły, potrafił zachowywać się na tyle cicho, że nawet jeśli ktoś był w domu, to nie miał pojęcia, że zostaje w tej chwili okradany.

Po pewnym czasie okradanie mieszkań zaczęło sprawiać sporą przyjemność Ericowi. Potrafił bez problemu zabrać z portfela czy nawet skarbonki pieniądze i odłożyć te rzeczy dokładnie w tym miejscu, w którym znajdowały się wcześniej.
Bycie niskim pozwalało mu również na ukrywanie się w małych, ciasnych miejscach, gdy przypadkiem zjawiał się właściciel domu.
Więzienie
Kiedy Eric miał osiemnaście lat, już regularnie rabował domy i mieszkania w Perth, aby podnieść swoje skromne zarobki. Kiedy zdarzyło mu się nie znaleźć pieniędzy lub kosztowności, niszczył wszystko co mu wpadło w ręce - od ubrań po meble, a czasami nawet inicjował pożary.
Kiedyś złapano go na gorącym uczynku i policja skojarzyła jego odciski palców z kilkoma poprzednimi włamaniami. Właśnie wtedy Eric Cooke pojawił się po raz pierwszy przed sądem, w maju 1949 roku. Dwa zarzuty dotyczyły kradzieży, siedem dotyczyło włamań, kolejne dwa podpaleń.
Po usłyszeniu, że Cooke kradł, aby ubrać i nakarmić siebie i swoją rodzinę, sędzia posłał go na trzy lata do więzienia, jednak z możliwością warunkowego zwolnienia po trzech miesiącach, w czasie których skazany miał się przekonać jakim okropnym miejscem jest więzienie.

Po wyjściu z więzienia za dobre sprawowanie, Eric zatrudnił się w fabryce, nawrócił się i wstąpił do Kościelnej Grupy Młodych Metodystów. Wówczas zdawało się, że Eric po raz pierwszy w życiu odnalazł akceptację i szacunek ze strony innych, a letnie sportowe obozy dały mu możliwość znalezienia przyjaciół.
Po osiemnastu miesiącach nowego życia policja znowu zapukała do drzwi Cookie'go, gdy zdała sobie sprawę, że jego odciski palców idealnie pasują do tych, które zostawił włamywacz na kasie Kościoła Metodystów, którą okradziono. Eric został oczyszczony z zarzutu, gdy członkowie Kościoła przekonali sędziego, że, ze względu na jego trudną przeszłość, trzeba dać mu jeszcze jedną szansę.

W lipcu 1953 roku Cooke załapał się na posadę kierowcy ciężarówki kursującej do sklepów w zachodnim Perth, gdzie poznał siedemnastoletnią Sarah Lavin, która pracowała w pobliskim barze jako kelnerka. Zaczęli się spotykać, a następnie, w listopadzie tego samego roku, wzięli ślub i osiedlili się w niedalekim Rivervale. Mieli siedmioro dzieci - czterech chłopców i trzy dziewczynki.
Jednak, mimo tego, że Eric pracował całymi dniami i udawał kochającego ojca i męża, nadal włamywał się do domów w każdą sobotę i niedzielę.
Sarah bardzo kochała Erica i szanowała jego prawo do wychodzenia z domu, tym bardziej, że wiedziała, iż kiedyś musiał to robić, aby uniknąć spotkania z ojcem i kolejnego bicia.
Te kilka dolarów, które Eric ukradł tu czy tam, sprawiło, że zawsze był dobrze ubrany, nigdy nie miał pustego portfela, a na stole w jego domu zawsze było coś do jedzenia.
Jednak taka idylla nie mogła trwać wiecznie. Niedługo po narodzinach jego drugiego syna, w 1955 roku, Eric został aresztowany i oskarżony o kradzież motocyklu, po tym jak rozbił, również kradziony samochód. Sędzia bez chwili wahania skazał go na dwa lata ciężkich robót.
Zwolniony w grudniu 1956 roku i znowu zatrudniony jako kierowca, Cooke nauczył się używać rękawiczek, aby wyeliminować prawdopodobieństwa aresztowania go po odciskach palców i wznowił swoją przestępczą karierę.
Szał śmierci
W nocy 29 stycznia 1959 roku, Eric Cooke jak zwykle "rozpracowywał" pewien blok na Narrows Bridge, w południowym Perth, gdy nagle zauważył kształtną sylwetkę młodej kobiety, zasłaniającej rolety i kładącej się spać. Chwilę później Eric udał się do jej mieszkania, aby je przeszukać. Nie znalazłszy nic szczególnie wartościowego, postanowił wkroczyć do sypialni kobiety, przypuszczając, że ta spokojnie śpi. Nieszczęśliwie dla siebie, Pnena Berkman, bardzo atrakcyjna 33-letnia rozwódka, obudziła się i zobaczyła w ciemności Cooke'a, który w tym samym momencie zaczął bić ją z całej siły. Kobieta okropnie podrapała mu twarz i szyję, ale w zamian za to zginęła, gdy Eric zaczął ją dźgać ośmiocalowym nożem, który kiedyś ukradł na wypadek takich właśnie sytuacji.

25 stycznia 1960 roku Cookie został aresztowany za włóczenie się po parku w Perth i został wysłany do więzienia we Fremantle na miesiąc ciężkich robót. Do tej pory Cooke znany był policji jako włamywacz i niegroźny zboczeniec, który kradł kobiecą bieliznę i masturbował się na nią. Jednak, mimo tego, że był znany policji jako zboczeniec, to nigdy nie był o coś takiego jawnie oskarżony i za to aresztowany.
Mieszkańcy Perth nie mieli zielonego pojęcia o wzmożonej ostrożności miejskich policjantów, którzy zauważyli, że od 1963 dzieje się w mieście coś dziwnego, co można by było nazwać wzmagającą się "mini-falą przestępstw". Od tego czasu notowano znacznie więcej kradzieży samochodów, dziesiątki domów zostało obrabowanych praktycznie bez śladu, co sugerowało, że w mieście grasuje poważny włamywacz (lub cała grupa włamywaczy), który kradnie damską bieliznę i napada kobiety w ich własnych łóżkach. Kilka z tych kobiet i kilku kierowców skradzionych samochodów zostało dość poważnie rannych w wyniku uderzenia przez złodzieja.
Nie wiedzieli jednak, że wszystkie te przestępstwa to dzieło jednego człowieka - Erica Edgara Cooke'a - dobrze wychowanego kierowcy ciężarówki, dobrego męża i ojca siódemki dzieci, który postanowił wzmóc swoją przestępczą karierę i już niedługo dodać do niej wielokrotne morderstwa.

W niedzielę, 27 stycznia 1963 roku, o godzinie drugiej nad ranem, Eric Cooke zaczął strzelać z ukradzionego karabinu do zaparkowanego samochodu. Pocisk przeszedł przez szyję kierowcy - Nicholasa Augusta, właściciela sklepu mięsnego i wbił się w nadgarstek pasażerki samochodu Roweny Reeves. Para siedziała w samochodzie pijąc piwo po powrocie z zamkniętego przed kilkoma minutami Ocean Beach Hotel.
Cooke cicho przybliżył się do samochodu, ale został zauważony przez dwie osoby w nim siedzące. Oni pomyśleli, że to jakiś zboczeniec i kazali mu delikatnie mówiąc "spadać". Kiedy mężczyzna ani drgnął, August rzucił w niego pustą butelką. Eric bez zastanowienia odpowiedział mu strzałem w szyję. August zdążył odpalić samochód, który jednak zgasł, gdy Cooke oddał drugi, co prawda niecelny, strzał.
Pobudzony przez to, co stało się przed chwilą i wiedziony chęcią kolejnej zbrodni, Cookie wyruszył na poszukiwanie nowych ofiar. Na pobliskiej Broome Street znalazł mieszkanie, którego drzwi nie były zamknięte na klucz. Wszedł do sypialni i postrzelił w głowę 29-letniego księgowego, Briana Weira. Niesamowite jest to, że pomimo tak poważnego urazu, Brian, który był niegdyś ratownikiem, więc był bardzo wysportowany, przeżył. Niestety lewa strona jego ciała została sparaliżowana, pozostał ślepy na jedno oko, prawie nie potrafił mówić i resztę swojego krótkiego życia spędził na wózku inwalidzkim.
Eric szybko wyszedł z mieszkania Weira zaraz po tym co zrobił. Wsiadł do swojego skradzionego samochodu i nawet jeszcze nie wiedział dokąd dokładnie jedzie, choć wiedział już co chce znaleźć - kolejną ofiarę. Przejeżdżając przez Nedlands, bardzo modną dzielnicę miasta, miejsce, w którym wielokrotnie rabował domy, zatrzymał samochód i postanowił dokończyć swoje poszukiwania pieszo.

Wtedy znalazł 19-letniego studenta, Johna Sturkey'a, śpiącego na małym łóżku na werandzie akademika. Oddał tylko jeden strzał, prosto w głowę. Zgon chłopaka nastąpił natychmiast.
Oddalając się szybko od akademika, Eric Cooke losowo wybrał kolejny dom na pobliskiej ulicy i zadzwonił do drzwi. Chwilę później wewnątrz zapaliło się światło i otworzył mu 54-letni, emerytowany właściciel sklepu spożywczego - George Ormond Walmsley. Cooke bez wahania strzelił mu prosto między oczy. Mężczyzna w tej samej chwili upadł na ziemię.

Była czwarta nad ranem. Eric porzucił skradziony samochód i wrócił do swojej żony oraz siódemki dzieci, jakby nic się tej nocy nie wydarzyło. Nie musiał się tłumaczyć gdzie był, bo nikt go o to nie pytał. Jego dwugodzinny szał zabijania przyniósł dwie zabite osoby i kolejne trzy ciężko ranne.
Policja zbita z tropu
Policja niewiele mogła zrobić, mając jedynie niezbyt dokładny rysopis sprawcy, który uzyskała od tamtej pary w samochodzie. Jednak inspektorzy wiedzieli jedno - wszystkie wydarzenia tamtej nocy były sprawką jednego maniaka. Wszystkie pociski znalezione w miejscach przestępstw pochodziły z jednej broni.

Eric Cooke uderzył ponownie prawie trzy tygodnie później, znowu późną nocą, a raczej już bardzo wczesnym rankiem. Tym razem jednak mordował w taki sposób, że policja nie była w stanie domyślić się, że dokonał tego ten sam człowiek, co poprzednio.

W sobotę, 16 lutego 1963 roku, około godziny drugiej w nocy, Eric Cooke włamał się do pewnego domu w Zachodnim Perth. Gdy wszedł do sypialni, śpiąca tam 24-letnia pracownica socjalna Constance Lucy Madrill nagle się obudziła. Cooke uderzył ją z całej siły, tak, że straciła przytomność, a następnie udusił ją cienkim sznurkiem i uprawiał seks z jeszcze ciepłymi zwłokami.
Później Eric wziął nagie ciało kobiety i wyniósł je z domu. Przeszedł na tyły domu i dostał się do ogrodu, który był własnością rodziców znanej w Perth osobistości telewizyjnej Caroline Noble. Wówczas posadził zwłoki kobiety, a do rąk włożył pustą butelkę po whisky, którą znalazł w ogrodzie. Taką właśnie niespodziankę Noble'owie znaleźli rano na terenie własnego domu.

Niedaleko drogi przy 35 Richardson Street, 100 metrów dalej od miejsca, gdzie znaleziono zwłoki Lucy Madrill, 17-letni mieszkaniec - Paul Benjamin Kidd znalazł kawałek cienkiego sznurka, a raczej drutu, który wydawał się być pokryty krwią i mógł być narzędziem zbrodni wyrzuconym przez uciekającego mordercę. Niestety okazało się, że to wcale nie było narzędzie zbrodni, tylko zwykły drut ze śladami czerwonej farby.
Kidd powiedział także policji, że tamtego ranka wrócił do domu około drugiej nad ranem, czyli w czasie, gdy Cooke mordował Lucy Madrill, jednak nie słyszał nic podejrzanego. Gdy później okazało się, że morderca kobiety to ta sama osoba, która strzelała do przypadkowych osób w styczniu, Paul Kidd cieszył się, że nie stanął na drodze Cooke'a.

cd ->

mariksha 15-06-2008 16:51

Mieszkańcy Perth byli przerażeni. Najpierw jakiś szaleniec strzelał do przypadkowych ludzi, a później pojawiło się jeszcze morderstwo na tle seksualnym. To było o wiele za dużo dla tego zawsze spokojnego miasta. Tymczasem nikt nie wiedział co się dzieje. Ludzie zaczęli się bać samotnych spacerów nawet w dzień. Każdy był podejrzany. Kobiety szczelnie zamykały okna i drzwi, na parkingach stało mniej niż zwykle samochodów. Eric Cooke w ciągu dwóch i pół tygodnia sprawił, że oblicze Perth zmieniło się nie do poznania.

Po pół roku, gdy mieszkańcy nieco się uspokoili i próbowali zapomnieć o tym, co się wydarzyło, Cookie postanowił znowu ich nastraszyć. W sobotni wieczór, 10 sierpnia, osiemnastoletnia studentka fizyki - Shirley Martha McLeod opiekowała się dzieckiem swoich znajomych. Ponieważ dziecko usnęło, dziewczyna słuchała walkmana i uczyła się. Nawet nie zauważyła, kiedy w domu pojawił się Eric Cooke i strzelił jej prosto między oczy. Śmierć nastąpiła natychmiast.
Siedziała martwa na sofie, ciągle trzymając w dłoni długopis. Taką właśnie znaleźli ją rodzice dziecka, którym się opiekowała, gdy wrócili do domu około drugiej nad ranem. Najpierw myśleli, że śpi, ale gdy przyjrzeli się z bliska, od razu odkryli przerażającą prawdę.
Mimo, że nabój wyciągnięty z mózgu Shirley McLeod nie był taki sam, jak te, którymi posługiwał się "Przypadkowy Strzelec", policja miała trochę wątpliwości, że zrobiły to dwie różne osoby. Prawdopodobieństwo pojawienia się w Perth trzech różnych morderców praktycznie w jednym czasie było jak jeden do miliona.
Po raz pierwszy detektywi z wydziału zabójstw uwierzyli, że tych "trzech morderców", to tak naprawdę jeden człowiek. Jednak zdawali sobie jednocześnie sprawę, że bardzo trudno będzie go złapać. Potrzebna była przerwa, czas na szukanie tropów i rozmyślania.
Fatalny błąd mordercy
Mieszkańcy Perth byli niezwykle zmobilizowani i żądali od władz jakichś zdecydowanych kroków, które uskuteczniłyby złapanie mordercy. Jako próbę, aby pokazać, że tamtejsza policja jest w stanie zrobić wszystko, aby przestępca został złapany, zbadano odciski palców wszystkich mieszkańców dzielnicy Dalkeith i porównano je z pojedynczym śladem znalezionym w miejscu morderstwa Shirley McLeod. Niestety nie znaleziono w ten sposób sprawcy.
Policjanci mówili, że mogą sprawdzić odciski palców wszystkich mieszkańców Perth płci męskiej, jeśli to będzie konieczne. Ale takie plany okazały się zbędne.

Tydzień później, 17 sierpnia, po południu, pewne starsze małżeństwo zauważyło podczas spaceru strzelbę ukrytą w krzakach nieopodal brzegu rzeki Swan. Podejrzewając, że może to mieć coś wspólnego z zabójstwami w Perth, ludzie zawiadomili policję, która natychmiast zabrała i zabezpieczyła broń. Gdy balistycy wykazali, że to właśnie z tej broni został wystrzelony pocisk, który utkwił w czaszce Shirley McLeod, policja zwróciła strzelbę na to samo miejsce, mając nadzieję, że przestępca po nią wróci.
Czekano już dwa tygodnie, obserwując miejsce ukrycia strzelby, gdy wreszcie 31 sierpnia zjawił się jej właściciel. 32-letni Eric Cooke powoli podjechał do krzaków, ostrożnie się rozglądając. Nie zauważył nic podejrzanego, więc sięgnął po strzelbę i w tej samej chwili założono mu kajdanki. Następnie zabrano go na komisariat na Beaufort Street.
Łuska znaleziona w jego samochodzie pasowała do naboju odpalonego ze strzelby, więc policja złapała tego, kogo trzeba. Wreszcie mieszkańcy Perth mogli spać spokojnie.

Gdy zapytano Cooke'a o zabójstwo Shirley McLeod, powiedział, że nic na ten temat nie wie, ponieważ był wówczas w domu z rodziną. Sarah Cooke, chociaż była bardzo lojalną kobietą, była także zawsze szczera, więc przyznała, że w noc zabójstwa Shirley jej męża nie było w domu. Tak więc, Cookie został bez alibi.

"Dlaczego to zrobiłaś?" - spytał żonę zaraz po tym, jak nie potwierdziła jego alibi.
"Bo mówię prawdę, nie było cię w domu i dobrze o tym wiesz."
"W takim razie, co ja mam teraz zrobić?"
"To zależy od ciebie, Ericu."

Eric Edgar Cooke zdecydował się zeznawać. Najpierw szło mu to dość opornie, jednak z biegiem czasu mur milczenia pękał. Przyznał się, że to on był sprawcą wszystkich zbrodni, że to on wywołał całą tę falę przestępstw. Podczas zeznań policjantów zadziwiła niezwykła pamięć złoczyńcy do najdrobniejszych szczegółów przestępstw. Nigdy nie mieli do czynienia z kimś, kto tak dokładnie pamiętał to, co zrobił. Otóż Cookie pamiętał nie tylko adresy ofiar i przebiegi wszystkich przestępstw, ale nawet to, co skąd ukradł.
Wszystko do czego przyznał się ten niski człowiek z zajęczą wargą i wadą wymowy, zadziwiło nawet najbardziej doświadczonych detektywów.
Eric Cooke przyznał się do zabicia Pneny Berkman, Johna Sturkey'a, George'a Walmsley'a, Lucy Madrill oraz Shirley McLeod, a także do postrzelenia Briana Weira, Roweny Reeves i Nicholasa Augusta.
Fala przestępstw jednego człowieka
Eric przyznał się do włamań w ponad 250 mieszkaniach w całym rejonie Perth, okradania ich z pieniędzy, biżuterii, broni i innych wartościowych przedmiotów. Był na tyle dobrym włamywaczem, że większość rezydentów mieszkań, do których się włamał, nie miała zielonego pojęcia, że coś takiego miało u nich miejsce. W większości przypadków ludzie zauważyli brak pieniędzy w swoich portfelach czy torebkach, jednak stwierdzili, że widocznie wydali więcej niż im się zdawało lub podejrzewali o "pożyczkę" kogoś z rodziny.
Niezwykłe jest to, że niezależnie jak dawno Cooke okradł jakiś dom, nadal pamiętał wszystkie szczegóły włamania. Podczas wizji lokalnych w tych mieszkaniach ludzie często mówili, że zauważyli brak pieniędzy lub jakiegoś przedmiotu, ale nie wiedzieli, co się mogło z nim stać, gdyż nie było żadnego śladu włamania.

Eric ukradł także wiele samochodów, a gdy przestały mu być potrzebne, zwracał je dokładnie w to samo miejsce, z którego je zabrał. Czasami także porzucał je gdzieś przypadkowo lub rozbijał. Pewnego razu dla żartu "zwracając" samochód zabrał ze sobą żarówkę od lampki wewnątrz auta. Kiedy przesłuchiwano właściciela, już po zeznaniach Cooke'a, ten stwierdził, że nie zauważył nawet ani tego, że jego samochód "pożyczono", ani że brakuje w nim żaróweczki. Owszem, zauważył, że gdy drzwi do samochodu są otwarte, to światełko się nie świeci i zastanawiał się jak to możliwe, ale nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby zawiadomić policję.

Cookie przyznał się także do licznych napaści na śpiące kobiety, w sprawie których policja prowadziła śledztwo w tym samym czasie. Przyznał się także do uderzenia w głowę metalowym prętem 16-letniej dziewczyny, która obudziła się, gdy przeszukiwał jej pokój. Do czasu zeznań dziewczyna myślała, że spadła z łóżka i uderzyła się w głowę.
Oprócz tego Cooke zeznał, że w różnym czasie potrącił siedem kobiet, gdy uciekał skradzionymi samochodami.
Wychodzą na jaw dwa inne morderstwa

Eric Cooke podczas swoich zeznań opowiedział także z najdrobniejszymi szczegółami o dwóch innych zabójstwach, za które wyrok odsiadywali inni mężczyźni. Jednym było zabicie 17-letniej Rosemary Anderson, 10 lutego 1963 roku, w jednej z dzielnic Perth - Shenton Park. Miało się to rzekomo stać po kłótni z jej chłopakiem, Johnem Buttonem, który miał ją potrącić, gdy próbowała od niego uciec. Chłopaka ofiary przesłuchano i orzeczono winnym jej śmierci. Skazano go na dziesięć lat więzienia i ciężkich robót. Button do samego końca rozprawy zapewniał o swojej niewinności, jednak nikt mu nie uwierzył.

Szczegółowa wiedza Cooke'a na temat zabójstwa Rosemary Anderson zaskoczyła policję. Nie dość, że udowodnił swoją winę opowiadając o zbrodni w najdrobniejszych szczegółach, ale również wskazał samochód, którym potrącił dziewczynę, na którym były ślady przestępstwa.

Ofiarą drugiego zabójstwa była również mieszkanka Perth, atrakcyjna, 22-letnia Jillian Brewer, którą Cooke najpierw uderzył siekierą, a następnie dźgał nożyczkami dopóki nie zmarła. Stało się to w jej mieszkaniu w dzielnicy Cottesloe, 19 grudnia 1959 roku.
Koroner od początku sądził, że kobietę zamordował ten sam sprawca, przez którego zginęła Pnena Berkman w styczniu 1959. Teraz okazało się, że rzeczywiście miał rację.

Co prawda w sierpniu 1960 roku, dwa lata przed złapaniem i zeznaniami Erica Cooke'a, kto inny został skazany za zabójstwo Jillian Brewer. Osobą tą był 20-letni głuchoniemy, który także trudnił się złodziejstwem i w dodatku był pedofilem. Co ciekawe, Darryl Raymond Beamish przyznał się do zabójstwa (oczywiście przez swojego tłumacza). Został za to skazany najpierw na karę śmierci, którą później zmieniono na dożywocie. Później okazało się, że Beamish tak naprawdę wcale się nie przyznał do zbrodni, a jego adwokat stwierdził, że to policja wymusiła na nim takie zeznania, podczas gdy on sam nawet nie wiedział o co chodzi.

Proces Erica Edgara Cooke'a odbył się w Sądzie Najwyższym w Perth 25 listopada 1963 roku. Sędzia i ława przysięgłych mieli wybór - uznać go za winnego zabójstw z premedytacją lub uznać go za winnego, jednak uwzględnić w rozpatrzeniu wyroku ewentualną niepoczytalność. Proces trwał trzy dni, ale obrady ławy przysięgłych tylko godzinę. Uznano go w pełni winnym i skazano na powieszenie.

Kiedy Eric Cooke oczekiwał na wykonanie swego wyroku w więzieniu, reprezentanci Johna Buttona i Darryla Beamisha złożyli apelacje o zwolnienie swoich klientów z więzienia do Sądu Najwyższego. Obie apelacje zostały rozpatrzone odmownie, a uzasadnieniem tego miało być to, że Cooke był niesamowitym kłamcą i mimo wszystko nie można mu do końca wierzyć, ponieważ przyznał się do obu zabójstw prawdopodobnie po to, aby opóźnić swoją egzekucję.
W dzień, kiedy miano Cookie'go powiesić, około godziny 7:50, wziął od księdza biblię i powiedział: "Przysięgam przed Bogiem, że to ja zabiłem Anderson i Brewer".
Dziesięć minut później, punktualnie o ósmej rano, 26 października 1964 roku, Eric Cooke został powieszony w więzieniu Fremantle. Tylko jedna osoba w formie protestu zapaliła pod drzwiami więzienia znicz. Eric Edgar Cooke był ostatnim skazanym na powieszenie mężczyzną w Zachodniej Australii.
Jego ciało pochowano na miejscowym cmentarzu, w anonimowym grobie. Jego zwłoki spoczywają nad zwłokami Marthy Rendall - również seryjnej morderczyni, która także została powieszona już w 1909 roku. Tak, więc, ciała dwóch najokrutniejszych seryjnych zabójców Zachodniej Australii spoczywają tuż przy sobie.

Brian Weir, jedna z nielicznych ofiar Cooke'a, które przeżyły jego atak, zmarł 19 grudnia 1965 roku. Bezpośrednim powodem jego zgonu były oczywiście obrażenia odniesione podczas spotkania z Eric'iem.

Jeszcze przez wiele lat po śmierci Cooke'a, matki z Perth ostrzegały nieostrożne dzieci, że okna i drzwi trzeba zawsze zamykać, bo "przyjdzie Cookie". Ta fraza używana jest tam do dziś, szczególnie przez ludzi, którzy na własnej skórze przeżyli wszystko to, co działo się, gdy on grasował na wolności. I pomyśleć, że taki mały człowiek mógł tak wpłynąć na tak duże społeczeństwo... aby zemścić się za swoje nieszczęście.
Kilka słów matki
Znalazła się tylko jedna osoba, która broniła Cooke'a do samego końca. Była to oczywiście jego matka. W jej oświadczeniu okazanym przez jego adwokata czytamy:

"Eric nie miał zbyt szczęśliwego dzieciństwa. Zawsze ubolewał nad tym, że inne dzieci się z niego śmieją. Miał mnóstwo zabiegów operacyjnych i często przebywał w szpitalach. Wysłałam go do logopedy, ale wówczas nie było możliwości, aby pomóc dzieciom w taki sposób, jak teraz.
Jego ojciec nie akceptował go, bo był "innym" dzieckiem. Był miłym małym chłopcem, ale jednak różnił się od innych. Mój mąż nie był w stanie tego zaakceptować. Traktował go bardzo źle. Bił go bez najmniejszego powodu, wszystkim co mu wpadło w ręce - pasem, kijem, a czasem po prostu gołymi pięściami.
Jeżeli opublikujecie to oświadczenie, będę miała okropne kłopoty. Mój mąż jest człowiekiem nieobliczalnym.
Biedactwo... nie wiem co się stało mojemu dziecku... W dzieciństwie Eric miewał zamroczenia i okazało się, że ma guza mózgu. Chociaż podobno pan Ainslie go usunął...

Kiedy Eric był nastolatkiem, miał jakieś 16 lub 17 lat, mój mąż o coś go oskarżył. Był oczywiście pod wpływem alkoholu. Bił go gołymi pięściami, dopóki chłopak nie poleciał na ścianę i nie uderzył skronią o przełącznik światła. Trafił przez to do szpitala i chyba dlatego doktor Ainslie musiał go operować.
Kiedy Eric trafił do więzienia, mój mąż zabronił mi się z nim widywać. Sam zaczął chyba miewać wyrzuty sumienia, bo pił jeszcze więcej. Bardzo mi przykro za to, co zrobił mój synek i żałuję, że w jakikolwiek sposób temu nie zapobiegłam. Myślę, że on robił to wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę. Wierzę w to, że strzelał do ludzi, bo, jak sam mówił, nie potrafił się powstrzymać, ale nigdy nie uwierzę w to, że podobało mu się duszenie kobiet i tym podobne rzeczy. Nie mogę uwierzyć, że wszystko co zrobił, robił celowo, z premedytacją.

Kilka lat temu mój mąż próbował mnie zabić. Aresztowano go tymczasowo, a ja trafiłam do szpitala. Obrażenia były poważne, a ponieważ dalej moje życie było zagrożone z jego strony, miałam nadzór policyjny. Nie mogłam pozwać mojego męża, bo się bałam. Całe życie musiałam ciężko pracować, bo z tego, co zarabiał mój mąż niewiele dostawałam. Teraz też go nie zostawię, bo mimo wszystko jestem związana z naszym domem. Zbyt wiele dla niego poświęciłam. Dwa razy składałam do sądu papiery o separację, jeden raz zrobił tak mój mąż. To było jakieś dziesięć lat temu. Ale nie martwiłam się tym, bo wiedziałam, że znowu będzie jak dawniej. Pobije mnie, wyżyje się i tak dalej. Policja nic nie poradzi.

Teraz sami widzicie, że dzieciństwo Erica było horrorem dla takiego małego chłopca..."
Zakończenie
Wyrok Johna Buttona, który został skazany za zabójstwo swojej dziewczyny został unieważniony 25 lutego 2002 roku. Dzień ten, jak na ironię, był 70 rocznicą urodzin Eric Cooke'a. Udało się to tylko dzięki wydanej przez Estelle Blackburn książce "Broken Lives", która zawierała dowody na to, że to nie Button, tylko Cooke dokonał zbrodni.

crimelibrary.com


Czasy w strefie GMT +1. Teraz jest 02:51.

Powered by vBulletin® Version 3.8.6
Copyright ©2000 - 2014, Jelsoft Enterprises Ltd.

Spolszczenie: vBHELP.pl - Polski Support vBulletin


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67
Bestiarium